4/22/2013

Wolontariat

Gdy tu przyjechaliśmy dosyć szybko spotkaliśmy sie z popularnym tutaj wolontariatem, na początek było to w wersji komercyjnej, obserwowaliśmy różne zbiórki pieniędzy, które bez wolontariuszy by się nie odbyły. Potem zgłębiliśmy wolontariat na wielkich imprezach sportowych, gdzie rzesze młodych z reguły ludzi pomaga w pracach związanych z np. Australia Open, czy F1. Daje im to satysfakcję, ale i możliwość napisania cennego doświadczenia potem w CV, że coś jednak robili w szkole czy na studiach oprócz palenia trawki ;-).
Kolejną formą wolontariatu jest tu podjecie pracy np. na trzy dni za darmo aby pokazać, że się umie pracować i będą z nas ludzie znaczy się dobrzy robole ;-). Wydaje się to śmieszne, ale w tym kotle wielu nacji i wielu postaw życiowych niestety czasami jedyna słuszna metoda zatrudnienia pracownik. Jest to popularne w zawodach rzemieślniczych jak murarz, piekarz, czy kafelkarz. Jak na rozmowie kwalifikacyjne można sprawdzić umiejętności tego człowieka? Najlepiej po prostu przy pracy. Często także stanowiska biurowe i z działu IT są poddawane temu procesowi i jakoś nikt się nie bardzo tym przejmuje (no oprócz Polaków ;-)). 
Sami prowadziliśmy małe firmy i jak przyszło do zatrudnienia to okazuje się to najlepsza metoda, jak komuś zależy to przyjdzie i popracuje, pokaże co umie i pracę dostanie. Ludzie tu żyją w bardzo innym środowisku ekonomicznym niż w Polsce i powiem szczerze dupę ruszyć się nie wszystkim chce a nieraz po prostu nie opłaca bo Centrelink płaci za nic ot taki kapitalizm z socjalistyczną twarzą.
Oczywiście to darmowe zatrudnianie jest nieraz wykorzystywane przez pracodawcę, to taki krwiopijca i wyzyskiwacz najczęściej z tej samej nacji co poszukujący pracy, czyli wspieranie ziomala ;-).

Ciekawą formą wolontariatu są tu sklepy z używanymi rzeczami i ubraniami. Jest to kilka dużych sieci
jak Salvos, Red Cross czy tez tzw. OP shop (czyli opportunity shop, sklep wielkich możliwości). Część ludzi jest tam zatrudniona, ale spora część pracuje jako wolontariusz. W sklepach tych sa sprzedawane rzeczy z darów ludzi i organizacji biznesowych, a można kupić tam prawi wszystko do domu za ułamek ceny sklepowej (część używana, ale bywają nowe). Dochody z tych sklepów idą na rożne cele charytatywne i w zależności od tych celów wolontariusz daje swój czas na np. na pomoc dla zwierzą lub dla głodującej Afryki itd.  Tak na marginesie ilość tych sklepów świadczy o biedzie australijskiego społeczeństwa gdzie stara się ono wykorzystać każdą rzecz do końca jako że nową trzeba przywieźć aż zza morza ;-).

Gdy choroba zagoniła mnie do częstego odwiedzania szpitala spotkałem się tam z najbardziej szlachetnym  typem wolontariusza czyli ludźmi już na emeryturach, ale wciąż chcącymi coś robić i być jak sami określają wartościową częścią społeczeństwa. Pomagają oni w drobnych sprawach organizacyjnych szpitala jak zajedzie się rozładowaniem kolejki pacjentów, czy też zwyczajnie pomocą i odprowadzeniem do właściwego gabinetu. Nie ma ich za dużo oczywiście, ale jak są emanuje z nich niesamowity spokój i wiara w to co robią, jak sami mawiają dają coś od siebie w zamian za to co kiedyś sami dostali, głebokie.  Niestety jest to ginący gatunek Ozzich, ale cieszę się, że miałem okazje ich jeszcze spotkać. Są też ludzie opiekującymi się osobami starszymi i samotnymi, jest oczywiście spora gałąź usługowa robiąca to odpłatnie, ale dużo jest też takich osób które np. podwiozą do lekarza, sklepu czy kina i mają z tego przyjemność i radość zobaczenia uśmiechu w oczach "klienta". To są te okazy co budowały wizerunek Australii jako kraju ludzi pomocnych i otwartych, dzięki temu napłynęło tu dużo emigracji co oczekiwała "pomocy" no i zrobił się to kraj jak każdy inny czyli biznes jak co dzień ;-).

I teraz przejdę do najnowszej wersji nowoczesnego wolontariusza, czyli zwiedzania świata od podszewki, jak? Ano poprzez naukę języka angielskiego, można nie lubić Anglosasów, ale ich język chcąc nie chcąc stał się jakoś tak bardzo popularny no i jego znajomość umożliwia np. wyjazd na unikalne lokalizacje za niezbyt duże pieniądze, a nawet jeszcze można zarobić jak ktoś nie chce być wolontariuszem. Moja znajoma nauczycielka angielskiego właśnie zbiera na wyjazd na wyspy Marshalla,

Międzynarodowe lotnisko na wyspach Marshalla ;-)). Źródło internet.



gdzie przez rok będzie nauczać angielskiego i matematyki lokalne dzieciaki. Lokalizacja piękna, plaże kokosy itd. niby raj, ale bieda i ich nie stać na nauczyciela. Także owa znajoma zbiera na bilet, na drobne wydatki, dach nad głową i jedzenie dostanie. Polecam innym spróbować, unikalne doświadczenia gwarantowane. Wbrew pozom więc życie wolontariusza nie musi być takie nudne.

Wracając do wolontariatu to pisanie bloga jest pewną formą tegoż bo dzielimy się w ten sposób naszymi doświadczeniami i spostrzeżeniami,  po co to robimy ? Motywy są różne, ale najważniejsze są te wpisy dające jednym nadzieję, innym nowe pomysły na życie/biznes a jeszcze innym przyjemność czytania. No i nie zapominajmy o trollach internetowych co dodają kolorytu do spokojnego życia bloggera ;-), oni też są wolontariuszami i poświęcają czas i energie.

Podsumowując wolontariat jest tu nieodłączna częścią życia, ale jest raczej szanowany i doceniany, bo czyż zawsze trzeba myśleć ze to wyzysk? Chyba nie.

A jeszcze jedno postanowiłem wprowadzić ograniczenia demokracji i tylko zalogowani czytelnicy będą mogli komentować, moderacji nie będzie nadal. Jakby na to spojrzeć z innej strony jest to ułatwienie i oszczędności czasu gdyż można raz stworzyć sygnaturkę (nie mylić z wiewiórką ;-)) i już a nie ciągłe powtarzać w kółko to samo a co gorsza można zapomnieć jakiej się używało na danym blogu ;-).



Jak to zrobić? Wybieramy profil z jakiego się chcemy zalogować, nie trzeba mieć profilu na google, ale  najłatwiej mają jego użytkownicy, podajemy nazwę użytkownika na danej platformie/logujemy się na niej i piszemy w okienku co nam ślina na język przyniosła ;-). Trochę techniki, jak ja potrafię to wy chyba też?

4/18/2013

Ludzie ZŁOTO ... tam było i może nadal jest.

Po zasłużonym wypoczynku od pisania wracam stawić czoła literackiemu wyzwaniu. Trochę widziałem się w was gotowało, że nie piszę i nawet dostałem maila od internetowego trolla abym coś napisał bo już się w nim tak gotuje, że musi parę gdzieś upuścić ;-)). 

Dla tych co nie pamiętają, krótkie wakacje szkolne są tu co około 3mc i wtedy nie bloguje bo muszę zapewnić rozrywkę dzieciom i po prostu nie mam czasu pisać, ale dziękuję tym co się lekko zaniepokoili moim milczeniem.

Podczas tych ferii oprócz dostania totalnego zatwardzenie dzięki czekoladowym jajkom, postanowiliśmy się trochę poruszać i dzięki organizacji MS Australia, zorganizowaliśmy sobie wyjazd do miasteczka Ballarat gdzie miało miejsce jedno z ważnych wydarzeń kształtujących stan Wiktoria i nie tylko czyli gorączka złota. Jednakże złoto teraz jest passe (nieźle poleciało w dół ostatnio) i cała ta sytuacja i skansen jaki się tam znajduje było wielokrotnie opisywane na innych blogach, więc my skoczyliśmy do lokalnego Wildlife Parku (czyli małego, ale schludnego zoo ;-), jednakże wildlife brzmi dużo lepiej hehe) oraz do muzeum złota (co by to nie znaczyło).

Dzikość wzywa, jest nawet adress www można sobie poserfować.





Organizacja zapewniła wejście do parku, poranną herbatkę, lunch i rozrywkę w postaci śmiecho-jogi (czyli jogi opartej na śmiechu, ale nie z pakietu dobrych dowcipów niestety ;-) oraz fantastyczną pogodę co na tamte okolice nie jest takie oczywiste.  Generalnie poczułem się swojsko i zaśpiewałem sobie pod nosem: partia żywi, partia chroni partia zawsze cie obroni ;-)). Ciekawe czy ktoś pamięta z jakiego filmu to było. Koniec dygresji ;-).

Co do parku to powiem szczerze miło nas zaskoczył bo już na dzień dobry przybiliśmy piątke z kangurem:

Bardzo miłe zwierzątko, zwłaszcza jak jest na czterech łapach ;-)
 
  A potem już było tylko lepiej:

Nie będę pokazywał następnego zdjęcia bo to blog dla wszystkich ;-))
Gdy opadły ... także emocje poszliśmy podziwiać pracę zookeeperów czyli pracowników troszczących się o te małe całuśne zwierzątka. Pomyślcie sobie jak to "fajne" jest codziennie nosić 10kg misia koale i opowiadać ludziom o ich zwyczajach.  Jeśli wydaje wam się, że to jest ot co chcecie robić w życiu oto link to spełniania marzeń Best Job, można tam wygrać chyba także inne ciekawe prace (w tym roku to już zamknięte, ale będą następne edycje, może czas się przygotować).


Dobry miś że nie śpi dziś ;-))
A tu drugie miłe zwierzątko które wprost uwielbiamy tylko jakaś duża ta świnka morska? Pewnie spasła się na żarciu z konserwantami:

Wombat jest tak samo sympatyczny jak misiek ;-)
Jak się przyjżycie to futra i mordki tych zwierzaków są jakby podobne i są to bardzo blisko spokrewnione zwierzęta, tylko jedno zostało na ziemi a drugie wyruszyło po przygodę i wlazło na drzewo i tak mu już zostało.

Nie każde zwierzątko w AU da się nosić na rękach i są też takie które wymagają trochę większego samozaparcia, refleksu i żyłki hazardowej aby ryzykować własne zdrowie a nieraz i życie, ale czego nie robi się jak się to kocha:


Krokodyl także lubi pieszczoszki ;-).
Jednym słowem wyjazd był udany choć jak zwykle źle się zaczął bo droga była słaba bo noc, lało i mgła no po prostu marzenie każdego kierowcy, ale tylko 120km męczarni więc z jednym sikaniem po drodze dałem radę. Motel stał tam gdzie miał stać, ale pokój jaki dostaliśmy posiadał zapusty kran i klimatyzację, recepcjonista po 15 minutach walki poddał się i dał nam inny pokój, który okazał się super no i nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.  Pospaliśmy na śniadanko wsunęliśmy jajka z boczkiem (a raz można trochę niezdrowego tłuszczyku zapodać). Po atrakcjach dzieciaki wykąpały się w motelowym basenie i po prostu pełne kotły.Kto by pomyślał, że czasami dobrze mieć wsparcie partii, znaczy się organizacji, nawet na chwilę zapomniałem, że ma co mam ehhh.

Motel w Ballarat styl amerykański bez korytarzy, wchodzi a prawie wjeżdża się bezpośrednio do pokoju ;-))
Następnego dnia poszliśmy do muzeum złota aby się trochę oświecić co to złoto jest i dowiedzieć paru całkiem ciekawych rzeczy o tym rzadkim i szlachetnym kruszcu:

Prawie Fort Knox, ostatnie zdjęcie po dalej już nie było wolno.
Złoto w Ballarat nadal jest i czeka na swoich odkrywców więc zapraszamy ;-)).

To na tyle na razie, ale teraz już coś raz na tydzień myślę, że napiszę bo dzieciaki znowu w szkole !.

4/01/2013

Wielkanoc i czekolada

Dzisiaj o Wielkanocy będzie, w wersji do góry nogami. Na wstępie wszystkiego dobrego choć już trochę spóźnione, ale zawsze. Wielkanoc zaczyna się tutaj w Wielki Piątek jaki jest dniem wolnym od pracy i poświęcony wielkiej zbiórce pieniędzy zwanej Good Friday Appeal na cel szpitala dziecięcego The Royal Children’s Hospital, to takie trochę podobne do Wielkiej Orkiestry Owsiaka. Cel szczytny i zawsze warto coś od siebie dorzucić. To dla tych mniej wierzących niepraktykujących. Dla tych praktykujących jest wiele opcji kościelnych do wyboru, więc na pewno każdy coś dla siebie mógł znaleźć. 
Nie ma tu tradycji święcenia pokarmów w Wielką Sobotę, ale niby dlaczego miała by być, tylko parę nacji to praktykuje, a że padło na nas to kontynuujemy tę tradycję i w sobotę także chodzimy poświęcić pisanki jakie sami robimy i inne smakołyki włącznie z biała kiełbasa (przepraszam wegetarian), jaka można tu przed świętami w polskich i rosyjskich sklepach kupić. Kościół był pełny (nigdy na mszach tylu ludzi nie widziałem, no ale to co innego ;-)).

Połączenie tradycji z nowoczesnością ;-)). Rzeżucha i czekolada mniam.
 
A teraz trochę osobistego wywodu na temat komercjalizacji ;-)). Były sobie dwie korporacje, jedna od napojów (ten słodki napój w kolorze benzyny z bąbelkami) i jej sprytni marketingowcy wymyślili Mikołaja, i tak to już poszło w świat, aż tak że ludzie nawet zapomnieli o Jezusie i adoptowali Mikołaja bo wygodniej, a takie narodziny to jakieś takie ambarasujące, to tłumaczenie dzieciom tego wszystkiego ;-)). 
Druga korporacja długo zwlekała, ale w końcu wymyślili i zrobili czekoladowe jajko i królika na Wielkanoc no i bach poszło w świat. Znowu ludziska podchwycili bo łatwiej i smaczniej, niż tłumaczenie tego ukrzyżowania i potem zmartwychwstania to takie ambarasujące, a po tym poście to jeść się chce i ta czekolada jak znalazł ;-)). Koniec wywodu o komercjalizacji.

Ponieważ w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku nastąpił w Australii rozdział kościoła od państwa i to dosyć zdecydowany mamy tu brak wpływu kościoła na państwo i brak mieszania polityki z religią, każdy może i nawet jest zachęcany do oddawania się praktykom wiary, ale to we własnym sosie bez pokazywania tego publicznie co ludzie szybko podchwycili i generalnie zrezygnowali z praktykowania wiary. I tak w Wielką Sobotę mamy wielkie szaleństwo zakupowe, choć nie tak wielkie jak w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia ;-).  Można na to narzekać, można się przyłączyć do jednej albo drugiej opcji wolność wyboru jest to to przytłacza, nieraz. Większość wybrała opcje zakupową, no cóż ich wola. Ja osobiście lubię chodzić na tzw. ozjowe msze (czyli do tutejszego kościoła katolickiego), msze są treściwe, kazania do rzeczy, nie ma polityki, padnie jakiś żart i są nie za długie. Wpadamy czasem do polskich kościołów oczywiście aby posłuchać co tam panie w polityce ;-). No bez przesady, przypomina się jednak czasami jak to właśnie kościół był nośnikiem wolności w Polsce i jak teraz jest nadal tylko siły ciemności nabrały mocy no i jest jak jest, ale to nie ten temat.

Tak więc tradycyjnie zakupione jajka na farmie (smakują super i mają wersję białą specjalnie dla tych co kolorują), babki, makowce, szynki i pieczywo pachnące załadowaliśmy do koszyczka i poświęciliśmy. Biały barszcz z biała kiełbasą zjedliśmy.  Jakby brzuch rozbolał to mamy do popicia herbatkę miętową lub dziurawiec prosto z polski w naszym warzywniaku osiedlowym dostępną:

Brawo dla firmy Malwa dotarła nawet tutaj, tak trzymać.

Ażeby dodać smaku żona wykazała się i wyprodukowała całkiem sporo ogórków małosolnych, które będą nam uprzyjemniały długie zimowe kolacje, ogóreczki zakupiliśmy na lokalnej farmie ogórków na kiszenie ;-)). Przyprawę do kiszenia w polskim sklepie i proszę bardzo:

Mistrzyni kiszenia ogórków w akcji, o banany za bardzo dojrzały,ale chlebek bananowy będzie pyszny.
Można kupić gotowe ale własnej roboty najlepsze. W naszej okolicy mamy sklepy włoskie, greckie i arabskie, zasadniczo można kupić wszystko co z żarcia się zamarzy, nawet świeżą ręcznie robioną chałwę z orzechami laskowymi (mmmhhh palce lizać). Z dzieciństwa pamiętam zawsze że to cudowny zapach pieczonych potraw i gwar przygotowań, szaleństwo zdobycia produktów na czas, gorączkowe odwiedzanie i prezentacje suto zastawionych stołów, chyba prawie nam się to udaje powtórzyć i nasze dzieci też to będą mam nadzieję pamiętały.

A dodatkowo odbyliśmy tradycyjny tutejszy zwyczaj zwany egg hunting czyli polowanie na czekoladowe jajka (nie strzela się do nich na szczęście) tylko chowa w ogródku lub parku i dzieci szukają. To u znajomych Ozzich, było bardzo fajnie. Generalnie wykonaliśmy taką jakby symbiozę zwyczajów i nam to pasuje. Wybór Melbourne okazał się bardzo trafny do emigracji a zamieszkanie po jego południowej stronie (ogólnie polecany) dał dostęp do tradycji i produktów z Polski i emigrant sobie radzi.

Brakuje jednak tzw. spotkań z rodziną, oczywiście nowoczesna technologia umożliwia zjedzenie nawet wspólnego śniadania/kolacji, no ale to nie to samo. Jednak to trzeba sobie uzmysłowić przed wyjazdem tak daleko i odhaczyć jako coś co się traci. 

Podsumowując tradycję Wielkanocną odbyliśmy, łącze na Skypie rozgrzaliśmy do czerwoności zamiast gorących uścisków, a zaraz zaraz zapomnieliśmy o Śmigusie Dyngusie, ale zimno się zrobiło (rano jakieś nędzne 13C) to sobie darujemy coby się nie poprzeziębiać ;-)).

Etykiety

relaks (8) emigracja (6) ekonomia (5) polityka (5) rekreacja (5) dylematy rodzica (4) pomoc socjalna (4) Boże Narodzenie (3) koszty życia w Australii (3) obywatelstwo (3) praca na emigracji (3) przyroda (3) wycieczki po Melbourne (3) życie na obczyźnie (3) akcje charytatywne (2) bezrobocie (2) ciekawostki z życia wzięte (2) cudowna Australia (2) dziwy natury (2) dźwięki z Australii (2) edukacja na emigracji (2) emigracja do Australii (2) komentarz polityczny (2) koszt domów (2) latawce (2) lato w Melbourne (2) muzeum (2) plaża (2) polityka emigracyjna (2) praca w AU (2) psychika emigranta (2) rok szkolny (2) rozrywka (2) szkoła (2) upały (2) wakacje w Australii (2) wspólnota (2) wycieczki za miasto (2) zarobki (2) zarobki w Australii (2) zasiłki socjalne (2) życie na emigracji (2) Australijskie wina (1) Wielkanoc na antypodach (1) agencje pracy i pomocy społecznej (1) antyimigracja (1) ashcomb maze (1) badania (1) dodatki na dzieci (1) emigracja przez edukację (1) figury z piasku (1) footy (1) głosy ptaków (1) imigracja (1) inna droga do Australii (1) kookaburra (1) koszt życia w Melbourne (1) leczenie (1) mundurki szkolne (1) ogrody lawendowe (1) ogród botaniczny (1) owoce (1) podróze (1) porady emigracyjne. (1) pośrednictwo wizowe. (1) praca na outback (1) praca przy zbieraniu owoców (1) restauracje (1) styl życia (1) szkoła średnia (1) tenis (1) test medyczny (1) umowy o pracę (1) wiosna w Melbourne (1) wymagania zdrowotne na pobyt stały (1) wypoczynek (1) wystawa (1) węże (1) zabudowa wiktoriańska (1) zdrowe żywienie (1) złoto w Australii (1)