2/26/2013

Pora relaksu

Pogoda cały czas dopisuje, życie płynie i z racji tego że bliski mojemu sercu osobnik a raczej osobniczka z naszego rodzinnego stada osiągnęła barierę wieku (pewnego ;-)). Postanowiłem zabrać stadko na wyżerkę do lokalnej restauracji, po przeszukaniu googla i portali tematycznych wybrałem lokal o szumnej nazwie  Cerberus Beach House. 

Po prawej schody na górę do restauracyjki, na dole bar do obsługi tych co nie do restauracji ;-)


Piątkowym wieczorem dotarliśmy na miejsce szybko i sprawnie, potem było gorzej bo musiałem się zmierzyć z 16 stromymi schodami (no ale czego nie robi się z miłości ;-)). Jakoś zasiedliśmy przy zarezerwowanym stoliku i oddaliśmy się radosnemu kontemplowaniu życia z widokiem na zatokę i zatopiony w niej okręt wojenny, jakże romantyczne to złomisko było bo otoczone żaglówkami i radosnym gwarem plażowiczów.

Widok z okna jaki mieliśmy z okna restauracji, nie obróciłem telefonu do pozycji poziomej i wyszło zdjęcie pionowe ;-)
Radosne pokrzykiwanie mew (w sumie plaża bez mew to nie plaża) umilało nam studiowanie menu. Wybór na szczęście nie był zbyt wygórowany, bo lokal prosty wybrałem ;-). Już po kwadransie i zażartych dyskusjach decyzje zostały podjęte. Po drodze pojawiła się lampka wina i generalnie zrobiło się miło, nawet dzieciarom się spodobało a już myślałem, że umrą  z nudów bo zabroniłem im brać iPody do zabawy.
Wjechało jedzonko i tu poczuliśmy pewną ulgę bo zamówiliśmy coś co dało się zjeść i wszyscy byli zadowoleni. Nie lubię pokazywać miski ale tym razem zrobię wyjątek (mam nadzieję, że jesteście po obiadku ;-).:

1. Konfitura z kaczki z dżemem z buraczków i innymi dodatkami. Ciekawe i smakuje super.

Kaczkę schowali do tego słoiczka ;-)
2. Krewetki z tygrysa w sosie z ognistych papryczek, nie było takie pikantne jak sądziłem, pychota jednym słowem.

Krewetki tygrysie z chili sosem i limonką.

3. Szczytowe osiągnięcie w dziedzinie sztuki kulinarnej jakie dotarło tu do nas z Anglii czyli fish and chips (rybka z frytkami) ale w wydaniu absolutnie doskonałym.

Jak proste danie można podać atrakcyjnie. Fish and chips magnifik ;-))

Po tym pieszczeniu podniebienia, zdecydowaliśmy się na desery ale tu zdjęć wam już nie będę pokazywał bo jeszcze zalejecie się śliną i będę miał  potem kłopoty ;-).  Desery były odlotowe miedzy innymi krem Brole i biszkopty cynamonowe, Panna Cotta w sosie truskawkowym i czekoladowa tarta.  Powiem tak, wyżera była taka, że jak byśmy zamówili wersje duże tych posiłków to byśmy nie przejedli, na szczęście pomyśleli o takich niejadkach jak my ;-)).

Desery i rozjarzone koparki nad talerzami z deserami ;-)

Jak widać  w jednym deserze jest świeczka urodzinowa, którą zupełnie niespodziewanie nam podali razem z deserem dla osobniczki, no niby nadmieniłem że to uroczysta kolacja, ale żeby aż tak, to miło z ich strony.  Oddając się rozpuście podniebienia (a to już był post, znowu nie zachowany ehh), ani się obejrzeliśmy i noc nadeszła i trzeba się było zbierać bo dzieciary spać muszą. 

Na zakończenie mały spacer na lokalne molo, bo noc była cudowna (zero wiatru i 25C) tylko chmury zasłoniły zachód słońca, no nie można mieć wszystkiego. Ale zoczyliśmy jak pelikan odławia swoją kolacje, no nie to co zachód słońca, ale zawsze coś:


Wróciliśmy jeszcze wzdłuż nad zatokowej promenady, aby nacieszyć oczy domami na które nigdy nas stać nie będzie, ale które warto sobie pooglądać ;-).

Na zakończenie dzieciary zapytały czy będziemy mogli tam częściej chodzić, chyba wieczór był udany.

2/19/2013

Płonie ognisko płonie

Już chciałem napisać jakie to ładne lato mamy w tym roku, ciepełko równo i długo czego od czasu przyjazdu tu nie pamiętam. Najstarsi Ozzi mówili nam, że to lato jest takie jak zwykle bywało przed tym jak zostało odkryte globalne ocieplenie czyli pokićkanie w aurze pogodowej. Powinno być długo ciepło bez takich szalonych skoków jak były z 40C na 15C. Teraz jest 20C-35C i to wydaje mi się bardzo odpowiednie. Jest mały problem, że jak dla mnie to niestety za gorąco i nici z plaży i tak dalej, ot takie życie złośliwe, jak się doczekałem pogody, że można by codziennie siedzieć na plaży to .. nie mogę i pewnie dlatego niedługo będę zrzędą ;-).

Za to jak zwykle płonie i wczoraj mieliśmy nawet cały dzień zapach palonego drzewa bo przyszedł smog z obszarów objętych pożarem i ogień jest całkiem blisko północnych przedmieść, czyli jakieś 100km od nas. Postawili jednak sporo sił strażackich na nogi i jakieś 11 helikopterów z bombami wodnymi coby jednak na miasto ogień nie przyszedł. Te pożary tutaj to wydaje się norma i chyba trzeba się do tego przyzwyczaić o ile do pożaru można się przyzwyczaić.

Źródło The Age, pożar w okolicy Wollert VIC.


No cóż trzeba sobie z tym jakoś radzić i w związku z tym w międzyczasie zdaliśmy (mam nadzieję, że ostatni już) egzamin na obywatela Australii. Egzamin był trudny ... 20 pytań. Egzaminował komputer więc nie było zmiłuj ;-). Stres jaki budują powoduje, że jest możliwe jego nie zdanie, bo ludziska pękają i o to chodzi ;-). Trzeba się do niego dobrze przygotować. Dostaje się książeczkę do poczytania parę tygodni wcześniej, można sobie załatwić w swoim języku, aby było czas zaryć, potem zapisuje się na test, przynosi się furę papierów, czyli paszporty, akty ślubu, metryki urodzenia dzieci, no żeby nie było, że obywatel jest niezidentyfikowany, porządek musi być. Egzamin jest jednak po angielsku bo oprócz wiedzy o AU sprawdzają stopień zrozumienia języka, no w sumie mamy zamiar żyć w kraju gdzie językiem urzędowym jest angielski. 
Zakuwaliśmy ostro i żona poszła pierwsza na test, po 10 min wyszła i powiedziała, że zdała na 100%, o mało mi serce nie pękło, ale nie z dumy ;-), tylko ze strachu, rany to ja nie mogę wypaść gorzej bo będzie obciach w rodzinie. Poszedłem czoła stawić dzielnie i też się wykazałem na 100%, zapytałem się obsługi czy nie mogę jeszcze coś odpowiedzieć bo chcę więcej punktów zdobyć, ale Pan łaskawie odpowiedział, że nie da rady 100% i koniec. No trudno  dzieci, były z nas dumne bo teraz tylko ceremonia nadania, przysięga na wierność nowej ojczyźnie i mamy podwójne obywatelstwo, niezły obciach, będę mógł jak James Bond wachlować paszportami na lotnisku, hmm na który tu polecieć ? ;-)). Ciekawe czy jeszcze będę w stanie i jeszcze porównanie do Bonda mi się zachciało, ehhh ten wieczny optymizm.

Trochę się zastanowiłem,, czy aby warto zostać tym obywatelem kraju jarzeniówek, starych samochodów, zacofania za Europą i w ogóle. To jednak nie przeszkadza mi bardzo lubić ten kraj a dał mi nieźle w dupę, wcale nie przyjął nas z otwartymi rękami, który musi radzić sobie z tym całym bałaganem wielonarodowościowym, wieloreligijnym i nie wiadomo czego jeszcze. Jednak system jest w miarę przejrzysty i sprawny, żyje się wygodnie w tych domach z kart i ogarnia mnie spokój ducha, bo wiem że mogę pójść do urzędu i poprosić o pomoc i zostanie mi ona udzielona, sąsiad się do mnie uśmiecha i pyta czy czegoś nie potrzeba. Oczywiście  nie należy tylko ufać Azjatom, nie chodzić w nocy do centrum, ale kto by się tym przejmował ;-). W sumie jak mamy tu takie zacofanie to pomyślałem sobie że wam tam w Polsce musi być miło, u nas dopiero WV Golfy zaczynają być popularne to u was przynajmniej 30% ludzi nimi jeździ, pewnie macie światłowód podłączony do każdego domu, możecie przez internet załatwić wszystkie sprawy w urzędach (bo my tylko 50% ale jesteśmy zacofani), no o warunkach mieszkaniowych nie wspomnę bo tu mamy do nadrobienia ze 20 lat, jako że ekologia i energooszczędność nie jest utaj popularna.  Nie to nie jest dobry kierunek rozumowania, pozostańmy przy stwierdzeniu, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma ;-)). 
O Marek Niedźwiecki napisał o Tasmanii, to kończę, trzeba poczytać prawdziwe pisarstwo.



2/14/2013

Witaj w Hogwart ;-)

No i zaczęło się jak w Harry Potterze, syn zaczął chodzić do szkoły średniej i właśnie tak jak Harry się chyba czuje, z relacji jakie opisuje to czysta magia ;-)). Dla niego budynek i nauczyciele to jak w szkole Hogwart, są dyrektorzy od muzyki, nauk ścisłych itd. Po tym przeżyciach to ja też książkę mogę napisać jak znalazł, o zaraz zaraz, już ktoś to zrobił, a to pech ;-)).

Źródło trevelwithkids.com.au
Wszystko dzieje się szybko i z dużym naciskiem na radź sobie sam. W ciągu 2 tygodni już były zawody sportowe a'la gra w quidditch, czyli pływacki karnawał w Melbourne Sport i Aquatic Centre (czyli MSAC bo tu już nikt tej długiej nazwy nie używa). Znowu obiekt duży, pełno dzieci, organizacja taka sobie, ale syn popływał i nie utonął to radzi sobie hehe. 
Potem wyjazd na obóz integracyjny 3 dniowy na ładnej plażowej okolicy, gdzie uczyli się serfować, wspinać, przetrwać 20 ugryzień komara, noce podchody w buszu itd. Cały ten fascynujacy świat sportów i ekstremalnych przeżyć. Idea obozu była integracja klasy, ale syn zauważył krótko, tato przecież nawet nie było czasu się z kimś zapoznać, nawet się nie umył raz bo wrócili tak wykończeni.
Ot cały ten zgiełk aby dać dzieciom jak to się mówi fun, czyli zabawę, a ja tam bym dał im więcej pracy domowej niech ryją jak ja kiedy byłem w jego wieku ;-)).
Zamiast pracy domowej dostali netbooki, to takie przestarzałe małe laptopy (dla tych co nie pamiętają bo tylko ipadów używają ;-)). 


Ale tu powiem, że się nawet z tego ucieszyłem, że taki zwykły sprzęt dostali, będą zwyczajnie na nim pracować a nie paluchem po ekranie jeździć, choć oczywiście wolno im zainstalować ... wszystko co nie zepsuje sprzętu, ot wolność i swoboda i tu mi mina zrzedła bo od razu w ruch poszły jakieś gry online itd. Ale co tam nowoczesność w domu i zagrodzie.
Ja też chodzę na zajęcia jak pomagać synowi w nauce i robieniu pracy domowej (nie ma żartów dla sporej części Ozzich praca domowa to masakra). Jest fajnie spotykam się z rodzicami i poznaję z kim będzie się miało do czynienia, nie jest tak źle, padają nawet pytania jak ograniczyć dziecku dostęp do sieci i komputera, czyli umysł rodzica jeszcze walczy.
W szkole powiedzieli też, że prace z j. angielski, będą przyjmowane tylko napisane odręcznie, odezwał się jęk zawodu bo moje dziecko już nie potrafi pisać długopisem tylko na klawiaturze hehe, trzeba było nauczyć. Syn będzie miał przewagę, odziedziczył po tacie zdolności pisarskie i jak go co natchnie to ze trzy strony A4 drobnym maczkiem zasmaruje bardzo z sensem. Praca z podstawówki nie poszła na marne.

No i tak radośnie mija ten czas i to że siedzę w domu nie znaczy, że mam czas na leniuchowanie, a już się kurde wdawało, że szczęście będzie blisko, eehhh.


2/07/2013

Coś się kończy i coś się zaczyna


Długo dosyć nie pisałem, ale poświeciłem się zadumie jeśli można to tak nazwać, przygotowując syna do szkoły średniej (to był czysty obłęd ale o tym kiedy indziej).
Jak napisałem poprzednio na wakacjach w końcu do mnie dotarło, że skończyło się radosne życie emigranta i teraz to będzie radosne życie chorego emigranta ;-)). Do tej pory chyba wierzyłem w cud, ale mi to przeszło i teraz już wróciłem na ziemię i będę po niej twardo kuśtykał. Dlatego postanowiłem zmienić formułę bloga i zakończyłem dział poradnikowy, bo przepisy się zmieniają, a nawet jak ludziom odradzam to i tak jadą więc nie będę się szarpał. Nadal będę opisywał swoje i mojej rodziny przygody na antypodach, ale już z punktu widzenia rencisty inwalidy. Nie nie pogorszyło mi się zdrowie tylko jednak przestałem liczyć na cud. Będzie może lekko bardziej złośliwie (ale tylko czasami), i nie będę już oszczędzał was i śmiało pisał o moich podróżach na wózku inwalidzkim w Melbourne, ale może nie tylko, jak było widać ostatnio dzięki schowaniu własnej dumy i zasiądnięciu na wózek mogłem, że się tak wyrażę, uczestniczyć pełniej w rodzinnych wakacjach. 

Kręta ścieżka życia z poziomu wózka inwalidzkiego. W sumie nie taki złe zdjęcie ;-))

Więc co tam jak nogi nie niosą to na koła i dalej do przodu. No może bez zbytniej euforii, bo na wiele nie będzie sił i niestety pieniędzy (renta inwalidzka tutaj, to nie to co w Polsce, dostać ja trudno i ma wiele ograniczeń o czym wkrótce). Ale damy radę i pokaże wam Melbourne z wysokości wózka inwalidzkiego ;-).
Także liczę się z tym, że nie wszyscy nadal będą tu zaglądać i z tych 7 wiernych czytelników zrobi się być może 4, nie to jednak ważne, pisze teraz dla własnej przyjemności i dla szlifowania moich nieprzeciętnych zdolności literackich bo być może kiedyś książkę napiszę. Ciekawe, że psychoterapeuta też mi to polecał, coś w tym jest.
Medyczne sprawy nadal w zakładce  o MS jednakże będą, no nie każdy lubi czytać jak człowieka paraliżuje. W sumie lepiej sobie jakiś horror obejrzeć, bo tak się często dobrze kończy, a tu raczej nie.
Także w przyszłym tygodniu  kolejny strzał Tysabri i nowe wpisy pójdą jak z płatka.

Etykiety

relaks (8) emigracja (6) ekonomia (5) polityka (5) rekreacja (5) dylematy rodzica (4) pomoc socjalna (4) Boże Narodzenie (3) koszty życia w Australii (3) obywatelstwo (3) praca na emigracji (3) przyroda (3) wycieczki po Melbourne (3) życie na obczyźnie (3) akcje charytatywne (2) bezrobocie (2) ciekawostki z życia wzięte (2) cudowna Australia (2) dziwy natury (2) dźwięki z Australii (2) edukacja na emigracji (2) emigracja do Australii (2) komentarz polityczny (2) koszt domów (2) latawce (2) lato w Melbourne (2) muzeum (2) plaża (2) polityka emigracyjna (2) praca w AU (2) psychika emigranta (2) rok szkolny (2) rozrywka (2) szkoła (2) upały (2) wakacje w Australii (2) wspólnota (2) wycieczki za miasto (2) zarobki (2) zarobki w Australii (2) zasiłki socjalne (2) życie na emigracji (2) Australijskie wina (1) Wielkanoc na antypodach (1) agencje pracy i pomocy społecznej (1) antyimigracja (1) ashcomb maze (1) badania (1) dodatki na dzieci (1) emigracja przez edukację (1) figury z piasku (1) footy (1) głosy ptaków (1) imigracja (1) inna droga do Australii (1) kookaburra (1) koszt życia w Melbourne (1) leczenie (1) mundurki szkolne (1) ogrody lawendowe (1) ogród botaniczny (1) owoce (1) podróze (1) porady emigracyjne. (1) pośrednictwo wizowe. (1) praca na outback (1) praca przy zbieraniu owoców (1) restauracje (1) styl życia (1) szkoła średnia (1) tenis (1) test medyczny (1) umowy o pracę (1) wiosna w Melbourne (1) wymagania zdrowotne na pobyt stały (1) wypoczynek (1) wystawa (1) węże (1) zabudowa wiktoriańska (1) zdrowe żywienie (1) złoto w Australii (1)