11/30/2012

Porozmawiajmy o pogodzie ;-))

Dzisiaj pomęczę trochę o pogodzie bo warto o niech trochę napisać jako, że jest bardzo rozmaita i dostarcza wielu atrakcji mieszkańcom Melbourne. Od czasu jak tu przyjechaliśmy przeżyliśmy trzy trzęsienia ziemi (no nieduże ale jednak), dwie małe powodzie, niewyobrażalne ciepło fali gorąca (heat wave) gdzie na termometrze w cieniu stuknęło 46C, dodatkowo wiał wiatr co dawało efekt siedzenia naprzeciwko włączonej suszarki ;-)).
Ale poza tymi głównymi atrakcjami mamy tu pomniejsze jak np. wczoraj temperatura radośnie skoczyła na 39C co jak na listopad jest trochę niezwykłe (do tej pory 3 razy na przestrzeni 100 lat). 
Z drugiej strony mamy nad wyraz obfite opady deszczu i zdarza się tez tropikalna pogoda czyli np. 27C i deszcz. Na szczęście potem przychodzi nuda zwykłej pogody czyli tzw wzrastanie i opadanie. 
Co to jest ano taki tutejszy rarytas związany z byciem pomiędzy obłędnym zimnem Antarktyki -80C (o dziwo jeszcze się nie rozpuściła, ale już niedługo) i gorącym oddechem pustyni australijskiej +50. 
Wygląda to tak że temperatura w ciągu paru dni rośnie pomału z np. 18 do 35C a potem w ciągu ...
godziny opada do 20C (jakby odkręcili jakiś zawór) w lato jest to nawet nieraz przyjemne jak za bardzo przygrzeje, ale ledwo człowiek się przyzwyczai do plaży a tu trzeba już z niej schodzić. Zimą takich skoków nie ma i temperatura manewruje pomiędzy 7-15C, choć czuję się jakby było zimniej.
Opady deszczu też są specyficzne bo burze często są rano (miła pobudka hehe), i najwięcej deszczu spada około 9 rano i 3:30 po południu czyli kiedy dzieci idą lub wracają ze szkoły. Mam swoją prywatną teorię że częstotliwość dzwonków szkolnych wywołuje opady deszczu. Nie trzeba strzelać w chmury azotanem srebra wystarczy włączyć wszystkie dzwonki do szkoły i deszcz sam spada ;-)).

Jeszce taka informacją dla turystów jak zapowiadają np. 30C ale rano jest 15 to te 30 będzie często dopiero koło 5-6 po południu więc z tymi upałami trzeba uważać bo się przeziębić można ;-)).
Ma zakończenie przestroga dla tych co podróżują koleją po AU w gorące dni tory się mogą troszkę pogiąć bo im też ciepło jest ;-))

Źródło: Internet

O i niby nic a po pogodzie można by długo jeszcze pisać, ale to kiedy indziej, narazka.

11/27/2012

Każdy jeździ tym czym lubi

Ostatnio podczas drobnych jazd b=na zakupy czy po dzieci zrobiłem parę zdjęć z "ciekawymi" samochodami. Ozzi są maniakami motoryzacji i te wyścigi V8 i motocyklowe ściągają tysiące ludzi. Są też nocne wyścigi na trasach szybkiego ruchu (ale tego nie udało mi się sfotografować bo śpię, oraz nie mam ochoty w mordę dostać). Ale przeciętny Ozzik lubi stare samochody (nie dlatego że nie może kupić nowego;-), bo mają one jak to mówią duszę, bo ciało jest jak każdy widzi. Generalnie o samochodach się tu mówi she czyli ONA.

Oto parę "dusz":

1. Piękna Toyota Landcruiser (jakaś ponad 30 letnia)

Cały czas na chodzie, samochód nie do zajechania.

2. Coś co przypomina mi stara Warszawę (ten samochód nie miasto):

 
3. A tu takie czarne cudo (Jaguar):



4. No i parę zdjęć z wystawy starych samochodów marki .... ALFA ROMEO. Są tu zloty miłośników danej marki i tak przypadkowo trafiliśmy na zlot alfaromeowców ;-).







5. Parę zdjęć współczesnych fanów motoryzacji:

Tzw. green car ;-)) z silnikiem V8
Szpanerski Jaguar





Na zakończenie prawdziwa bestia bo za kratkami ;-)). Nasz poczciwy Fiat 126p został zamknięty w klatce, ale nie po to żeby nie uciekł hehe, tylko po to aby służyć jako narzędzie do okrutnych eksperymentów z wysokimi napięciami w muzeum ScienceWorks. Na szczęście dobrze służy bo przebywanie w jego środku jest bezpieczne podczas burzy jak zapewniła prezenterka, co potwierdzono strzałem z 100000V. Aż zawyłem z bólu bo tyle pięknych wspomnień mam z podróży tym cudem motoryzacji, tyle kilometrów, tyle przygód, piękne to były czasy eeehh.


Na zakończenie jeszcze małe samochody napędzane energią słoneczną jakie ścigały się na torze także w ScienceWorks. Jak się dowiedziałem tutejsza ogłupiona zieloną falą młodzież buduje na zajęciach w szkole średniej samochody "ekologiczne" i potem robią wyścigi. Tak oto wykuwa się młode pokolenie przyszłych inżynierów ;-)):



Lubię spojlery i inne takie to pozwoliłem sobie na ten "męski" wpis, mam nadzieję, że czytelniczki jakoś go przetrawią ;-)).

11/22/2012

Warzywniak osiedlowy

W okolicy gdzie mieszkam na odcinku 500m mamy 6 warzywniaków (co nie jest tutaj często spotykane ) i można je podzielić na dyskontowe, religijne i premium. Trochę dziwny podział nie ? Już wyjaśniam dlaczego taki.
Dyskontowe czyli takie gdzie są niskie ceny i duży obrót (no to chyba wszyscy wiecie) ale to skutkuje świeżym towarem bo rotacja w warzywach jest duża, jest ich trzy w tym jeden przebijający cenami i wyborem wszystkie inne (łacznie z premium), czyli nasz "Chińczyk".


Może nie wygląda on na typowy warzywniak, ale to taki konglomerat, warzywa, ryby i mięso.  Lubimy do niego chodzić (jak i cała okolica) bo ma dobre ceny, wybór ogromny i wszystko pod jednym dachem. Jest też typowym przykładem globalizacji i zacierania granic w biznesie. Jak sama nazwa wskazuje biznes jest prowadzony przez Chińczyków, na kasach pracują Chińczycy, ale już towar na półkach układają ... Hindusi lub ... Arabowie.  Polacy nie chcieli tam pracować bo za mało płacą ;-).
Do tej pory nie próbowaliśmy niektórych owoców lub warzyw bo ni w ząb nie wiemy jak to ugryźć.
Oto parę zdjęć ze sklepu, mało mnie za nie nie deportowali do Chin ;-)).

Na wejściu pólka z sosami i przyprawami sosów sojowych naliczyłem ponad 50.
 
Więcej sosów !! i Swojskie jabłka, gruszki i nektarynki

Chciałoby się powiedzieć ziemniaki, pyry, kartofle ale jakieś takie dziwne ;-))
Próbowaliśmy te czerwone (na zdjęciu 4 od lewej) pyszne z piekarnika i czerwone jak marchewka, mniam. Reszta jakaś taka podejrzana, ale przyjdzie na nie czas też ;-))

O te bardziej swojskie ;-)
A to się nazywa bok choy czyli odmian kapusty po chińsku, pyszne jako podsmażane na patelni.

Ananasy, melony szary i żółty, sosy i makarony co za połączenie ;-))
Rzuciliśmy się na świeże ananasy jak małpy na banany, ale potem stwierdziliśmy, że te z puszki są smaczniejsze i łatwiej się je zjada, zgroza ;-0.

Jest także dział Polski, gdzie mamy herbatki z Malwy oraz produkty Wedla takie jak Delicje (dobrze że Wedel jeszcze egzystuje choć bardzo się starają aby go zgnoić, pewnie nie pracuje tam żeden znajomy królika i nie podoba sie, szkoda)

Malwa rządzi ;-)

Tu dla odmiany ... owoce morza ;-)) czyli różne krewetki.

 
No nie muszę chyba pisać co to jest ... Duszone .....

Ceny niektórych owoców nas na początku rozbrajały i te truskawki są dobrym przykładem na nieuchronny upadek gospodarki australijskiej. Cena za 250gr (tu nie używają dkg, serio) to około 3AUD czyli za kilo (zaraz zaraz ile to będzie ? ano 12AUD. Można z krzesła spaść. Ja nie wiem po ile są teraz truskawki (znaczy się na wiosnę) w Polsce,  ale czytałem tej wiosny że macie tam klęskę urodzaju truskawek i w skupie były po 2PLN za kilogram. No to na rynku po jakieś 6PLN pewnie mogły być a może i taniej. Według ekonomi eskimoskiej (którą kiedyś wyjaśniałem) cena truskawek powinna być taka sama czyli no właśnie ile? 12PLN za kilogram w Polsce aby zbieracz godziwie zarobił, ale pozostawmy sprawę magicznej ręce rynku zwanej tuskhand ;-)).  Powrócę do upadku gospodarki tutejszej. Ceny truskawek tutejszych są uzależnione od taniej siły roboczej ich zbieraczy, a importowani pracownicy z wysp Cooka się wycwanili i nie chcą pracować za stawki poniżej tutejszego minimum czyli jak znalazłem w zestawieniu ponad 15AUD za godzinę:



Byłem tym mocno przerażony ponieważ truskawki będą bardzo drogie już cały czas, bo wiadomo że Polacy tu nie przyjadą zbierać bo za daleko i na samolot się nie zarobi ;-). Poza tym poważnie już nie jest to gospodarka konkurencyjna globalnie gdzie liczy się "chińczyk" i jego zdolność do pracy 16h na dobę przy jednej misce ryżu. No cóż piękny to będzie upadek, ale jak spadać to z wysokiego konia.

Wracając do warzywniaków,  "Chińczyk" też jest najdłużej otwarty od 7 rano do 7 wieczorem przez 7 dni w tygodniu.  Zdolności promocyjne "Chińczyk" też ma niezłe bo wprowadził tzw. one dolar box gdzie wypycha po dolarze za kilogram wszystko co i tak by już wyrzucił (za co zapłacił by dodatkowo)  i zapycha ludzi towarem (bo kto nie kupi za dolar czegoś co obok jest powiedzmy po 5?), a że potem połowa zgniła a co tam tanio było ;-)). 

Warzywniak premium leży prawie na przeciwko, nie jest tak długo czynny, ma mniejszy wybór towaru, który wygląda trochę lepiej niż u "Chińczyka" ale kosztuje 2 razy więcej no i jest prowadzony przez Włochów, a Włosi są tu lubiani przez kobiety, a one głównie zakupy robią. Ja mojej żonie zakazałem tam chodzić, no ale nie dlatego że drogo ;-)).

Religijne warzywniaki to tzw. "Hezbollah", prowadzony przez Libańskich islamistów, bardzo miłych ludzi co im źle z oczu patrzy, nie zatrudniają innych niż swoi i nie dają się zgnieść "Chińczykowi", to jak sobie z tym radzą to lekcja biznesu. Tak powiem w skrócie (choć nikogo to nie obchodzi bo to nie narzekanie ;-)). Podnieśli jakość trochę i ceny (bo z "chińczykiem" tym nie wygrają), trochę inny towar, zaczęli się uśmiechać do ludzi i klienci przyszli, nie kończyli żadnych MBA hehe.


Warzywa można jeszcze kupić w supermarketach, nie wiem jak oni to robią że mają je takie drogie, ale chociaż otwarci są od 7 rano do północy więc jak się zachce truskaweczek o 10 wieczorem to myk do Wooliego za rogiem i już na stole ląduje zdrowa przekąska:



No i są jeszcze rynki gdzie można kupić mydło i powidło. Cieszą się one nieustającym powodzeniem.
A i są jeszcze farmy gdzie można pojechać i nazbierać owoców samemu z tego powodu są jeszcze droższe ;-)) ale smakują znacznie lepiej (albo tak się wydaję bo kręgosłup boli od schylania). 
Duże odkrycie, że tutaj mają też warzywa i owoce nie ? ;-))).  To tak na marginesie dla tych co myślą, że tutaj tylko piach i kangury.

Dzisiaj jednak wykrzesałem z siebie jakiś wpis nie wiem czy jest spójnie? chyba jak zwykle trochę nie ale pracuję nad tym. Aczkolwiek zaczyna mi zapału brakować (ale tematów jest pełno) i jeszcze przestaliście na reklamy klikać co skutkuje brakiem kawy dla mnie (zawsze co miesiąc na jedna kawę na-klikaliście a tu teraz posucha a kawa to dobre paliwo dla bloggera ;-)), z tą kawą mam jeszcze ciekawy pomysł ale skoro jej nie ma to go na razie zawieszam.  Chyba trzeba po prostu na wakacje pojechać? Odpocząć od stresu czytania komentarzy hehe.

11/19/2012

Czy Ozzi mówią po angielsku?

Moje lenistwo osiągnęło szczyt i oto zamieszczam komentarza jaki otrzymałem do jednego z wpisów, jest to takie dobre i  gość się tak napracował że postanowiłem to nadać na pierwszej stronie.


Będzie trochę na temat języka Ozzich, Dziękuję tajemniczemu anonimowi za doskonała pracę.  Oto co napisał:


Dla wszystkich starających się o emigracje do Australii lub myślących o tym tu jest kilka słówek
z języka australijskiego bo to już raczej nie angielski jest.
Wykujcie to na blachę i często ćwiczcie przed wyjazdem, a szczególnie będąc już w samolocie bo jak do tej Australii zajedziecie to może się okazać, że ani nie rozumieją was, ani wy nie rozumiecie ich! Poważnie !

Zaczynając od tych które usłyszycie od razu, na lotnisku:

haloj - hello/halo (dotyczy obydwu) to na dobry początek usłyszycie na powitanie od celników:) 

szoj - show (pokazać) przygotujcie się ze będziecie musieli sporo im pokazać zanim was puszcza:)
 
fojto - Photo (fotografia) celnicy mogą zakwestionować ze to foto w paszporcie nie jest wasze. Moga,a co nie wolno im?
 
ojna - owner (właściciel) mogą w związku z powyższym zapytać czy jesteście ojna of this passport (właścicielami paszportu który im okazujecie) To tylko tak,żeby się upewnić:)
 
hojm - home (dom) mogą pytać jaki jest wasz hojm kantry pomimo ze napisane jak byk w paszporcie.
 
sloj - slow (powoli) kolejki do trzepania walizek zawsze są very sloj:)
 
noj - no (nie) to słowo padnie wiele razy bo dowiecie się, że w Australii więcej nie wolno niż wolno:)
 
I doj noj - I do not know (nie wiem) to słowo, oprócz syt. na lotnisku będziecie słyszeć setki razy dziennie podczas waszego pobytu w pięknej Australii kiedy to dowiecie się że na wasze nieszczenienie nikt tam nic nie wie:(
 
soj... - so.. (wiec..) no wiec podczas sprawdzania waszej walizki okazało się,ze batonik princessa który dostaliście od mamy powinien być zadeklarowany jako dangerous food:)

I noj - I know (wiem) przytaknijcie celnikowi i rzućcie cholerną zatrutą princesse do bina:)

ojwa - over (koniec) to już chyba ojwa z trzepaniem walizki, zaraz możecie odejść:)

goj - go (isc) ostatnie słowo zawsze należy do celnika!Teraz w końcu można iść, uff:)

doj - though - (jednak) nie ekscytujcie się za bardzo doj bo mogą was jeszcze zawrócić:)

klojs - close (blisko) na szczęście drzwi do hali są clojs, wiec przyspieszamy kroku..

ojpen - open (otwarte) no i na szczęście są tez ojpen.. już jesteśmy za:) uffff...;)

kojk - coke (cola) teraz spokojnie można usiąść i napić się kojk bo w gardle nam zaschło ;)

Śmieszne, nie? ;-)

Inne diabelskie przekształcenia, które na pewno usłyszycie będąc w krainie dingo:)

bojf - both - obydwa
dojna - donor - dawca (np.szpiku)
loj - low - nisko
wojt - vote - glosować
pojp - pope - papież
groj - grow - hodować, rosnąć
slojp - slope - zbocze
sloj - slow - powoli
froj - throw - rzucać
tumoroj - tomorrow - jutro

i wiele innych, które same wpadną w wasze ucho:) słuchajcie uważnie.

Oczywiście nie wszyscy Ozzi tak mówią, nie wiem dlaczego, bo porównując dwóch Ozzich urodzonych w swojej ojczyźnie, w tym samym mieście wydawało by się, że nie powinno być aż tak drastycznych różnic w wymowie, a jednak są. Na 350 procent natraficie na wielu mówiących tak jak jest opisane powyżej. Nieraz tak się zdarza, że tylko na takich się natrafia no więc tym bardziej warto znać ten ich kosmiczny język.
Po pewnym czasie spędzonym w Australii dostrzega się, że nie ma w tej ich mowie żadnej logiki ani jakiegoś klucza którym można by się posługiwać, co więcej, w wielu przypadkach dane słowo inaczej mówią a inaczej napiszą.
Chcecie być na emigracji w Australii? trzeba się tego po prostu nauczyć:)

A tu możecie posłuchać tej mowy na żywo:

 
Występ znanego komika na temat akcentu Ozzich, sami się z siebie śmieją to już jest dobry początek.


Na zakończenie dodam, że po prawie 6 latach tutaj nie spotkałem się z taką wymową (oprócz słynnego już hołaja (czyli how are you). Ale wyszystko przede mną ;-)). Jednak na lotnisku trzepią więc może się warto poduczyć tych słów, jak się błyśnie to może przymkną oko na ta princessse od mamy ;-))).



11/15/2012

Połaczenie z ....

Postanowiłem się połączyć ale nie z zaświatami tylko z profilem z Google. Nie wiem co z tego wyjdzie ale nie będę już pisał jako Eskimos, tylko po prostu Marcin, cześć wam wszystkim !  Miło się poznać.

To taki mały prezent z okazji byłego już dnia Niepodległości Polski. Trochę mnie ten dzień natchną zadumą, tylko błagam nie piszcie mi znowu jaka ta Australia jest okropna itd. 
Myśli poszły mi kierunku Polski (bo wiadomo Australia to zniewolony kraj przez żydo-komunę i wujka Sama i królową więc tu nie ma co się wypowiadać ;-)).  Natomiast Polska cieszy się ... no właśnie czym się cieszy? 


Nie wiem bo już tam mnie nie ma, ale pewnie jest świetnie bo Unia dała masę kasy to chyba pobudowało się parę fajnych willi z basenami (szkoda że trzeba kryte bo zimno w Grecji to mają fajnie ciepełko). Ludzie na ulicach się do siebie uśmiechają, pozdrawiają itd. 
Wdrożono nowoczesne systemy obsługi klienta, nawet do ZUS można e-maila napisać (a co udało mi się) i dostałem nawet odpowiedź. Szukałem składek bo jakoś nie wpłynęły,  a korporacja w której pracowałem składki płaciła bo mam dowód. Pani z Zus odpowiedziała, podchwytliwym pytaniem, a gdzie były płacone te składki? 
No i mnie zamurowało, nie rozumiem już j. polskiego, jak to gdzie do ZUS a była inna możliwość? Na co już nie dostałem odpowiedzi. Ale nie czepiajmy się instytucji, wszędzie mają one swoje wady i wady.

Zastanawiałem się czy Polska w ogóle odzyskała kiedyś niepodległość po rozbiorach, czy to tylko pozory były. Mieliśmy za mało czasu aby się obyć jako naród z naszym lekko przechlapanym położeniem na mapie (to dlatego teraz wyjechałem na zadupie, przemarsz wojsk mi nie grozi ;-)).
Pamiętam jak spadł TEN samolot, to pomyślałem no tak teraz wypowiemy wojnę Rosji i .... No właśnie i co ? (no mógłbym dostać wizę jako uchodźca z terenów wojennych, ale to było za egoistyczne, hehe).  Minęło trochę czasu a ta sprawa nadal męczy naród i będzie męczyć bo taki jest cel matki Rosji aby nas męczyć. Dlatego jak tu słyszę rosyjski język to ciarki mnie przechodzą, choc może to są Ci Rosjanie co są "dobrzy"? Jakoś zawsze Ci co myślą o Polsce giną (Katyń, Cesna z generałami lotnictwa, Smoleńsk). Ale my twardzi jesteśmy, jeszcze Mesjaszem narodów będziemy, rany, tu kurde trzeba o swoje walczyć. Cały świat ma problem bo chce być zjednoczony, ale pod warunkiem że my będziemy jednoczyć (tzn. my to Chiny, USA, Niemcy a może Rosja a może Muzułmanie itd.).  Mam nadzieję, że wkrótce przylecą kosmici i będziemy mieli wspólnego wroga to zawsze jednoczy ;-)

Niezły jest kocioł narodowościowy w AU, daje przegląd co pewne nacje sobą stanowią jak się rozpychają, czy też zamykają w swoich dzielnicach. To taki świat w pigułce, jeden z ostatnich eksperymentów Brytyjczyków nad stworzeniem państwa efektywnego. Jak każdy eksperyment nieraz wymyka się z pod kontroli tak i AU też ma zapędy oddzielenia się od macierzy, może niedługo będziemy mieli swoje marsze niepodległości hehe. Ech a miało być tak pozytywnie, narodowo, niepodległościowo i w ogóle.  Nie będę tematu już ruszał bo jako emigrant to wiadomo zdrajca ojczyzny jestem, choć jak patrzę jak starsze pokolenie emigrantów obchodziło ten dzień tutaj to się zastanawiam czy patriotyzm jest w człowieku, czy to tylko postawa na pokaz aby wydrzeć mordę?

11/09/2012

Niedzielna przejażdżka do Cranbourne Botanic Garden

Ostatni weekend był tzw długi, bo mieliśmy to święto konia zwane Melbourne Cup, albo jak kto woli hedonistyczno-pijańsko-hazardowe wylegiwanie na trawie. Jak zwał tak zwał chodzi o wypicie morza szampana, założenie ładnego (albo i nie) kapelusza i postawienie na swojego konia. Nuda straszna ale napędza konsumpcję więc się kręci, koniarze mają swoje pięć minut, a że szejki sponsorują to jest wystawnie. 


 My to olaliśmy bo to takie nie polskie ;-)) (znaczy się picie szampana) i pojechaliśmy na wycieczkę do jeszcze nudniejszego ogrodu botanicznego. Zapakowaliśmy jakieś żarełko na bbq, i w drogę, pogoda ładna, nuda jazdy przede mną. Najpierw stacja benzynowa, zajeżdżamy a tu cena paliwa zdecydowanie poniżej 1.5AUD, co się na tym świecie porobiło, oczywiście było kiedyś poniżej 1AUD ale nie bądźmy wybredni, szejki mają ciężko więc trzeba ich wspomagać ;-)), budowa meczetów w Polsce jest bardziej kosztowna niż w Arabii bo kurde zima jest ;-). 
Wyjeżdżamy a tu jak nie śmignie nam przed nosem czerwone Mitsubishi Evo, mało mi zderzaka nie urwało ! Myślę, no coś się dzieje poznam teraz tych niedzielnych kierowców, musiało stanąć przed wyjechaniem na ulicę więc się zbliżyłem a tam siedzi laska ... 80 lat, denka na oczach i ściska kierownicę jak różaniec. Pewnie mnie nawet nie zauważyła, ahh.
Dalej już tylko gorzej było, najpierw dwa pasy w jedną stroną a tam tylko 60km/h ograniczenie, potem zrobiły się trzy i dali 70, jak się pojawił pas zieleni pomiędzy kierunkami jazdy dali 80. Toż to rozbój w biały dzień, nie można śmigać bo kamery wszędzie. Wjechaliśmy na trasę szybkiego ruchu, cztery pasy w jedną stronę, bariera pomiędzy kierunkami jazdy a tam ... 100km/h. Idioci, w Niemczech to bym poszedł ze 180 a tu .... poszedłem spać po włączeniu tempomatu. Dostosowałem się do tablicy informującej, że krótka drzemka może mi uratować życie ;-). Wszyscy grzecznie jechali tyle ile było przykazane, aż się prosiło aby ktoś wdepnął..   Z drzemki wybudził mnie dźwięczny wrzask dzieci, tato zaraz trzeba zjechać z trasy bo dojeżdżamy !. Przespałem się tylko 15min ehhh, już trzeba było zaparkować przed ogrodem.  Znaleźliśmy miejsce dla inwalidy, to pewna zaleta bycia kaleką, możliwość bliskiego parkowania, ale coraz trudniej bo coraz więcej kalek w AU, te wypadki przy pracy ehh. Wysiadamy a tu podchodzi jakiś nawiedzony strażnik teksasu i mówi, że to dla inwalidy, ja mu na to że są inwalidzi co nadal mogą ustać na dwóch nogach i pokazałem mu plakietkę, wymiękł i poradził wypożyczyć wózek inwalidzki w recepcji abym  mógł odwalić ten spacer po ogrodzie (jakieś 3 km). Pomyślałem niegłupi pomysł, ciekawe ile sobie zażyczą za tą przyjemność.  Docholibałem do wejścia, idziemy do kasy a tam ... szok nic wejście nie kosztuje (znaczy się Ci co płaca podatki to sponsorują hehe) i wózek za darmo też.  No mieli zastrzyk gotówki bo 5 lat temu to wejście kosztowało ze 30 baksów. Ruszyliśmy w ogród a oto co moje piękne oczy widziały (dodam, że rozróżniam tylko rośliny i kwiaty więc opisy będą skromne):

1. Czerwona ziemia symulująca pustynie Australijską, kicz straszny ;-)



 2. Jakieś rośliny, rośliny i kwiaty ;-))


 3. Techno rzeka z zardzewiały stalowym murem. Wiadomo mają za dużo żelaza.


4. Więcej roślin, niektóre nawet ładnie pachniały w tzw. ogrodzie miętowym.

Dzieci najbardziej cieszyły się z super-mola jakiego jakimś cudem odkryły w metalowej konstrukcji ogrodu, jak one to zrobiły to nie wiem, pewnie mają detektory podczernieni w oczach ;-)). Monster miał 10cm rozpiętość skrzydeł i ważył z pół kilo hehe.



Uff miałem chociaż ubaw bo wózkiem sobie pojeździłem, to tak dla wprawy jak już mnie zetnie do końca, praktyki nigdy nie za mało ;-).

Potem ruszyliśmy na podbój bbq, a ponieważ była godzina lunchowa to wiadomo było że nie będzie łatwo. Udało się jednak bo jakieś żółtki skończyły swoje grillowanie i zostawiły szokująco .... czyste stanowisko, pewnie pracują jako sprzątacze i czystość maja dobrze wyuczoną.
Podczas posiłku przyszła  mała burza i zmoczyła wszystko doszczętnie (uroki Melbourne), na szczęście mieliśmy miejsce pod daszkiem. Inni co przyszli po nas mieli pecha, że wszystko zajęliśmy, jak już ich nieźle zmoczyło uprzejmie się posunęliśmy i daliśmy ich poznać łaskawość białej rasy ;-)) z Europy ........wschodniej ;-).

Powrót do domu był tak samo nudny, nikt się nie rozwalił na drodze nie było na co popatrzeć, nie wracali jeszcze ci pijani kierowcy co pojechali oglądać konie (kobiety) na tor wyścigowy.
Ponieważ był to także dzień śmieci, to zostawiliśmy jak zwykle kosze na ulicy, wracamy a tam koszy nie ma, no ciśnienie mi skoczyło, zarąbali jak nic, trzeba do urzędu dzwonić aby nowy przywieźli. Znowu coś się dzieje, podchodzimy bliżej a tu nasze kosze na właściwym miejscu wstawione elegancko za domem. Eh ten nasz sąsiad nudził czy jak ?, no i to koniec wycieczki.

11/05/2012

Smażenie bekonu rozpoczęte

Weekend był zadziwiająco ładny i postanowiliśmy rozpocząć nieśmiało jednakże oficjalne plażowanie. Czy nie będzie o grillowaniu hehe.

Pojechaliśmy na moja ulubiona plażę w Aspendale Garden (kurde ale to brzmi prawie jak kurort w Alpach tych francuskich oczywiście ;-)). Lubimy tę plażę bo woda jest bardzo płytka aż do około 20m od brzegu co daje poczucie bezpieczeństwa dla dzieciaków. Poza tym jest w niej mało meduz, co zaoszczędza wysłuchiwanie płaczu, że znowu mnie sparzyła aaaa ;-))

Teraz jednak lubię ją jeszcze bardziej bo można wjechać samochodem prawie na plażę:


Co dla mnie jest istotne bo łazić z całym majdanem plażowym za daleko nie trzeba. Było trochę jeszcze wodorostów po ostatnich sztormach ale co tam słońce, piach i woda i dzieciory były zachwycone. Co prawda puszczenie latawca się nie odbyło bo nie było prawie wiatru, a to już totalne zaskoczenie, bo myślałem, że tu cały czas wieje, jednak nie ;-). 

Lody najdroższe na świecie też były jak widać na załączonym obrazku, ale tak ma być, pracowałem w lodach ponad 10 lata i wiem jedno, nikt tego jeść nie musi, a jak chce to bulić trzeba i koniec, nie na darmo dziurę ozonową zrobiliśmy nie ;-)). Wszystkie te lodówki i klimatyzatory i dezodoranty, nieważne, po nas choćby potop, co wkrótce nastąpi hehe.

Na plaży nie panował swojski spokój bo na wodę wyciągnięto już maszyny do pływania i wodne skutery i motorówki ryczały radośnie:



Jednym słowem sezon podsmażania się zaczął, oby jeszcze parę razy taka pogoda się przytrafiła, bo to Melbourne i nie wiadomo jakie będzie to lato i czy w ogóle będzie.
Teraz jednakże idę się posmarować bo chyba się trochę podpiekłem (wiadomo bekony za długo na patelni nie można trzymać ;-)).


Etykiety

relaks (8) emigracja (6) ekonomia (5) polityka (5) rekreacja (5) dylematy rodzica (4) pomoc socjalna (4) Boże Narodzenie (3) koszty życia w Australii (3) obywatelstwo (3) praca na emigracji (3) przyroda (3) wycieczki po Melbourne (3) życie na obczyźnie (3) akcje charytatywne (2) bezrobocie (2) ciekawostki z życia wzięte (2) cudowna Australia (2) dziwy natury (2) dźwięki z Australii (2) edukacja na emigracji (2) emigracja do Australii (2) komentarz polityczny (2) koszt domów (2) latawce (2) lato w Melbourne (2) muzeum (2) plaża (2) polityka emigracyjna (2) praca w AU (2) psychika emigranta (2) rok szkolny (2) rozrywka (2) szkoła (2) upały (2) wakacje w Australii (2) wspólnota (2) wycieczki za miasto (2) zarobki (2) zarobki w Australii (2) zasiłki socjalne (2) życie na emigracji (2) Australijskie wina (1) Wielkanoc na antypodach (1) agencje pracy i pomocy społecznej (1) antyimigracja (1) ashcomb maze (1) badania (1) dodatki na dzieci (1) emigracja przez edukację (1) figury z piasku (1) footy (1) głosy ptaków (1) imigracja (1) inna droga do Australii (1) kookaburra (1) koszt życia w Melbourne (1) leczenie (1) mundurki szkolne (1) ogrody lawendowe (1) ogród botaniczny (1) owoce (1) podróze (1) porady emigracyjne. (1) pośrednictwo wizowe. (1) praca na outback (1) praca przy zbieraniu owoców (1) restauracje (1) styl życia (1) szkoła średnia (1) tenis (1) test medyczny (1) umowy o pracę (1) wiosna w Melbourne (1) wymagania zdrowotne na pobyt stały (1) wypoczynek (1) wystawa (1) węże (1) zabudowa wiktoriańska (1) zdrowe żywienie (1) złoto w Australii (1)