10/31/2012

Mój urząd gminny

Odbywały się ostatnio u nas wyboru do urzędów gminnych (czyli najniższego szczebla władzy). Obserwowałem z radością zmagania przyszłych urzędników a być może i kiedyś posłów. Jakie sery opowiadali to poezja, no ale ludziska słuchali. Na szczęście nie wszyscy tylko słodzili, byli też tacy co proponowali zabrać się za robotę i poprawić to i owo w funkcjonowaniu gminy.  Kandydaci dosłownie rośli w ogródkach (zdjęcie z samochodu ale ta niebieska tablica to jest kandydat):


Nie wolno przywiązywać się do drzewa albo słupa,  ogródki przy głównych drogach lokalnych cieszyły się dużym powodzeniem ;-). Frekwencja była 68%, zobaczymy kogo wybrali.

A czym zajmuje się ten urząd? Można to podzielić na trzy płaszczyzny:
1. Zarządzanie nieruchomościami w gminie (pozwolenia na budowy,  drogi i chodniki, parki itd, oraz najważniejsze czyli podatki lokalne czyli to co urząd lubi robić najbardziej, jednakże o dziwo te podatki idą na konkretne cele oraz lokalne prawa i obowiązki obywateli).
Najprostszym przykładem ich działalności jest wywóz śmieci, tu widać jak w dzień wywozu w danej dzielnicy wygląda ulica. Każdy ładnie wyjeżdża swoimi koszami (śmieci, recykling, odpadki zielone). I wystawia je tuż przy krawężniku. 


Przyjeżdża zrobotyzowana śmieciarka i je opóźnia. Obsługuje ją tylko jeden kierowca.  Ma ona ramię z chwytakiem które podnosi kosz i wysypuje jego zawartość do brzucha śmieciarki. Raz na miesiąc jeżdzi też taki samochód szczotka co czyści ulice. Powoduje to wrażenie nieprzyzwoitej czystości.


Panuje duży nacisk aby jak najwięcej było odpadów do ponownego przerobu i muszę powiedzieć, że to prawda jak się wszystkie butelki , kartoniki i papiery zbiera to kosz do przerobu jest pełny a kosz ze śmieciami prawie pusty. Kosze śmieciowe są zabierane co tydzień a recykling i zielone odpadki co dwa tygodnie zamiennie. Zielone odpadki idą na kompost. Sprawa kompostu jest bardzo ważna ale to inna para kaloszy.
Urząd dba o parki i znajdujące się w nich place zabaw i oczywiście bbq ;-)).
 
Perfekcyjnie zadbane ścieżki w parku.

Ostatnio postawili po drugiej zautomatyzowanej toalecie w każdym parku bo ponoć jedna to za mało było. Toaleta wykonana jest ze stali kwasoodpornej (w całości łącznie z muszla klozetową i lustrem). Jakby jakiś nerwowy emigrant zechciał się na niej wyżyć ;-)). Ma też wrzutkę na igły po zażyciu narkotyku lub innej insuliny ;-)).
Co do lokalnego prawa to ustalają sobie np. godziny ciszy nocnej albo kar za lokalne wandalizmy. Z ciekawostek mają taką komórkę, która zajmuje się rozwiązywaniem sporów sąsiedzkich. Jak np. sąsiad słucha za głośno muzyki albo przeklina w ogródku to można do nich zadzwonić i przysyłają do złego sąsiada przeszkolonego pracownika do oduczenia go "złych" nawyków. Nie wiem jak to działa ale brzmi zachęcająco ;-))
 2. Kolejną płaszczyzna jest budowanie wspólnoty, czyli przedszkola, opieka nad osobami starszymi, pomoc osobom niepełnosprawnym,  centra spotkań dla młodzieży,  sprawy zwierząt i taki a'la sanepid czyli udzielanie zezwoleń na działalność handlową i gastronomiczną). Przykładem działań dla młodzieży jest program rozwoju talentów muzycznych (mają własne studio nagrań), dla niepełnosprawnych i starszych to np. pomoc w porządkach domowych, czy przywiezienie książki z biblioteki (dodam, że usługi są opłacana z podatków czyli "darmowa"). Z innych jeszcze to np. zatrudniają osoby które stoją na przejściach dla pieszych w czasie dostaw i odbiorów dzieci ze szkoły. To takie dwie godziny dziennie, ale dla starszych osób na emeryturze to niezła forma dorobienia i bycia potrzebnym. Ostatnio stawka była 26.5AUD/h, to całkiem nieźle.

3.  Organizuje wydarzenia lokalne jak festyny w parkach, śpiewnie kolęd w okresie Bożego Narodzenia (tak tak ostatnio było prawie 5000 ludzi w parku wieczorem, była naprawdę fajna atmosfera, śniegu tylko brakowało ;-)), galerie i konkursy dla wszystkich. Prowadzi biblioteki i oferuje sale do wynajęcia. Dużą działka jest wspieranie lokalnego biznesu poprzez programy wsparcia, seminaria, budowanie zrzeszeń przedsiębiorców (ale nie związki zawodowe hehe). Można do nich pójść i się dowiedzieć o demografii danej dzielnicy, dochodach itd, czyli ważne info dla młodego przedsiębiorcy. Wydają także zaświadczenie o uzyskaniu obywatelstwa australijskiego.


Ostatnio nasz urząd poprzez jakiś grant i własne środki wybudował nam centrum pływacko-sportowe, jakiś skromy obiekt o długości 300m z basenami, rurami, olbrzymią sala gimnastyczną, boiskami, sklepami, małym przedszkolem (aby mama mogła popływać i uwolnić się od dzieciora na chwilę). Jeszcze tam nie byłem bo za bardzo nowe i może farba jeszcze nie wyschła ;-)).


                                                                               Zdjęcie z oficjalniej strony GESAC
Ostatni miałem kontakt z urzędem taki, że wyrobić chciałem sobie plakietkę osoba niepełnosprawna na samochód, wypełniłem formularza, lekarz potwierdziła, zaniosłem do urzędu i pomyślałem teraz sobie poczekam. Nazajutrz zadzwonił miły pan urzędnik, sprawdził moje dane (bo ja strasznie bazgrzę, no cóż długopis złamał mi charakter na całe życie ;-) i nazajutrz w skrzynce pocztowej znalazłem tęże plakietkę. Myślę, że można to jeszcze usprawnić przez wypełnienie formularza w internecie no ale do tego też dojdą. Ale pozwolenie na budowę to już nie takie proste jest hehe.


10/23/2012

Trochę melancholi

Mało coś ostatnio piszę, ale po wizycie u lekarza ostatnio jakoś mi się odechciało wszystkiego. Ponieważ nie piszę o chorobie na pierwszej stronie bo przestanę być czytany jako że jestem "nieestetyczny" to nie będę łamał tego postanowienia, kto ma silne nerwy zajrzy na inną stronę tego Bloga.
 
W sumie to dobry czas (zbliżają się Zaduszki, dziwne ale nadal je pamiętam) na chwilę zadumy nad ... no właśnie nad czym?
1. Swoim życiem? E co tu rozważać same sukcesy, no parę drobnych błędów, nie warto roztrząsać ;-)
2. Losem naszej planety ? E co tu rozważać same problemy, wnet i tak zginiemy w zupie, nie ma co rozdzierać i tak podartych szat ;-))
3. Przyszłością moich dzieci ? E co tu gdybać, generalnie czarno to widzę więc już nie ma co się więcej pogrążać ;-)
4. A może nad losami moje ojczyzny (znaczy się Polski ?) E toż to samo pasmo sukcesów przed nią tylko pod wodzą jaśnie panującego tam Tuska Wielkiego i Nieomylnego, no nuda ;-)
5. ....

I tak dalej i tym podobne, trzeba żyć i nie marudzić, jak się nie podoba to wynocha. I z tą pokrzepiającą myślą pojechałem na plażę, a co nad zatoką się mieszka ;-). Po drodze zachwyciłem się bujnie rozwijającą się wiosną i kwitnącymi drzewami o szumnej nazwie "szczotka do butelek". Ale jak się temu przyjrzeć to fakt po co wymyślać jakieś łacińskie bzdury.
 

Na plaży jak to na plaży, jest po prostu zarąbiście ;-)), uwielbiam chodzić na tutejsze plaże bo są bardzo różne od siebie. Na tej lubię oglądać statki jak wpływają/wypływają z portu. Myślę sobie wtedy ile towaru musi jechać aby nasze nieokiełznane potrzeby konsumenckie zaspokoić ;-).

Z lornetką lepiej widać, te kontenerowce są ogromne.


Poza tym zawsze sobie rozważam odwiedzić Polskę (rodzinę) czy też kupić dwutygodniowy rejs po Pacyfiku? Jakoś zawsze wychodzi mi to .. drugie,, hehe:


No i spacerując (oczywiście cholibciem;-)). po plaży nazbierałem muszelek i zaciekawiła mnie mała dziurka w prawie każdej z nich:

 
Najpierw pomyślę, ale sprytne od razu gotowe na zrobienie naszyjnika ;-). Ale nie to nie może być naturalne, zapytałem wujka googla a on na to, że jest taki morski ślimak co ma małą wiertarkę elektryczna i nawierca te dziurki aby zeżreć to co jest w środku. Nie wiem jakich baterii używa ale musi mieć niezła moc bo te muszelki są całkiem twarde i dosyć grube. I tak oto nawet we własnym domu małż nie jest bezpieczny, tak jak my ;-(.

Ostatnio pobudowali tu jakieś nowoczesne radioteleskopy, nie wiem czy tylko odbierają sygnały czy też wysyłają, ale mam niejakie wrażenie, że wysyłanie nie jest najlepszym rozwiązaniem bo jeśli je ktoś odbierze i tu przyleci, może być kłopot, żadne skorupki nam nie pomogą. No ale za dużo książek sf naczytałem się w młodości ;-)).

O i jednak sobie porozważałem, papa.








10/11/2012

Dzień dobry Panie Dyrektorze

Zaczął się nowy semestr w szkole więc postanowiłem jeszcze napisać o tym jak to jest ze szkołą dla dzieci w AU. Pisałem już o systemie szkolnictwa a teraz skoncentruję się na szkole podstawowej stanowej (państwowej).  Prywatne to inna para kaloszy, choć osobiście prywatne podstawówki to wg. mnie strata pieniędzy, natomiast prywatne gimnazjum to już coś innego, liczy się wynik czyli matura i punkty na wejście na studia, a także towarzystwo. Nie będę się o tym rozpisywał bo nie znam więcej korzyści, a może nauczyciele są mniej "sfrustrowani" bo lepiej opłacani, ale i więcej pracują i są rozliczani z wyników.  To tyle tytułem wstępu ;-).

Szkoła naszych dzieci położona jest w promieniu 15km od centrum w dzielnicy na południu Melbourne, uznawanej za dobrą, gdzie są ulokowane raczej przyzwoite i dobre szkoły. Wynika to z dużej ilości emigrantów z europy wschodniej i Chin a te dwie nacje umieją ryć jak diabli, sami wiecie ;-)). Piszę o tym nie dlatego aby się chwalić, ale aby dać perspektywę, że nie jest to opis szkoły w każdym miejscu w AU.  Im dalej od centrum miasta tym jest często gorzej, ale nie znaczy to, że szkoły regionalne są słabe, wbrew wszystkiemu są one na najwyższych pozycjach w rankingach, ale niestety jest to mniejszość. 
Ranking jest tu bardzo ważny a dla niektórych także towarzystwo z jakim się chodzi do szkoły. Mamy portal gdzie możemy sobie zobaczyć jak nasza szkól przedstawia się na tle innych, nieraz jest to lekko mylące, ale ogólnie wrażenie jest. Dlaczego szkoły mają tak rożne poziomy, ano dlatego, że wszystko zależy od pryncypała, który ma możliwość nie tylko doboru kadry, ale i kształtowania programu nauczania. Aby to trochę ujednolicić, bo towarzystwo było za bardzo rozmaite, jest program państwowy, które szkoły mają zrobić, ale jak to osiągną już jest ich dowolnym wyborem. Co dwa lata jest przeprowadzany ogólnopaństwowy test z angielskiego i matematyki i na jego podstawie ocenia się szkoły. Oczywiście nie jest to sprawiedliwe, bo jak szkoła ma z jakieś przyczyny wybitnie słabych uczniów to ma słabe wyniki, znane są przypadki, że słabi uczniowie są "zniechęcani" do podchodzenia do testu coby szkoły nie dołować, jednym słowem życie swoje a idea swoje ;-)).
Do naszej szkoły trafiliśmy przez przypadek, bo DIMIA po prostu nam ją przydzieliła jak tu przyjechaliśmy, na szczęście był to dobry przydział (wiadomo głupi ma szczęście ;-).
Pryncypał jest najbardziej oddanym dyrektorem jakiego w życiu widziałem, facet jest już po sześćdziesiątce ale zna na pamięć prawie wszystkie imiona dzieci od klasy drugiej wzwyż, a dzieci jest około 550, nie wiem jak on to robi. Pierwszy przychodzi do szkoły i sprawdza czy przetrwała noc ;-) i ostatni wychodzi. Kontakt z nim jest bardzo otwarty i można zawsze wpaść i pogadać o tym co się podoba lub nie, poprosić o rade wychowawczą itd.
Dzieci generalnie szkołę lubią, żeby nie powiedzieć kochają bo nawet nie chcą chorować, tylko one muszą iść do szkoły, obłęd jakiś, chyba ich zaczarowali, takie małe Harry Potterki rosną ;-).

Każdy tydzień rozpoczyna się apelem na placu, na tym apelu są wymieniane wszystkie dzieci z osiągnięciami z danego tygodnia, takie drobiazgi, ze ktoś się postarał i ładnie coś napisał albo nauczył się mnożenia przez 6 bardzo szybko itd. Są oczywiście też większe osiągnięcia, ale te drobne są najważniejsze, jakoś bardzo motywująco działają na dzieciaki. Szkoła zaczyna się codzienne o 9 rano i kończy o 15.30, ułatwia to regionizacje życia rodzicom i daje możliwość mamie albo tacie popracować na pół etatu w godzinach biurowych. Jeśli ktoś musi to może dziecię zostawić rano od 6 a po południu do 18 w specjalnej jakby świetlicy (oczywiście płatnej już dodatkowo), gdzie dzieci maja opiekę, zabawę i jakieś tam podgryzki coby nie padły z głodu. Natomiast owoce i kanapki na czas szkoły trzeba robić samemu albo kupić w kantynie szkolnej jak rodzic leniwy ;-). Dużo się teraz tłucze o zdrowym żywieniu, bo otyłość wśród dzieci zaczyna być już problemem. No ale jak rodzic kupuje dzieciom chipsy to co się dziwić.

Jak ktoś coś przeskrobie idzie indywidualnie na dywanik, żadnego przedstawienia publicznego. Powiem szczerze apel kojarzy mi się z obozami (tymi letniskowymi), ale życie tu to jeden wielki letniskowy wypad ;-)).

No i parę zdjęć:
Pryncypał na luzie (po obejrzeniu filmu Madagaskar 3 ;-)).

Pryncypał (ten starszy Pan) i nauczyciel w-f na piedestale ;-)

Dzieci na asfalcie siedzą a panie nauczycielki w kurteczkach.

Pryncypał stoi na specjalnej mównicy, dzieci siedzą na asfalcie (jakie to szokujące dla nas było), ale w lato i jesień asfalt jest tak nagrzany, że hej, w zimę i wczesną wiosną stoją biedaki. Trzeba dzieci hartować to będą okrągły rok chodziły w podkoszulku i już ;-). Apel z reguły trwa 30min.

Szkoła jest nastawiona na budowanie wspólnoty dzieci i rodziców, jest to lekko niesamowite zjawisko dla mnie i tematowi wspólnot poświecę jeszcze parę wpisów. Wracając do wspólnoty szkolnej jak jest to budowane? Poprzez przyjazną i otwartą na dyskusje kadrę ale też przez masę spotkań i aktywności takich jak pikniki, kiermasze itd. Nastawione to jest na zbieranie dodatkowych funduszy dla szkoły też, w tym są mistrzami. Są dyskoteki dla dzieci, ale i dla rodziców. Wspólne obozy dla dzieci i rodziców itd. Trochę nas przytłoczyła ta chęć wspólnotowania na początek, bo my tu przyjechali aby się izolować a tu bach do kupy zbierają ;-)). Teraz jednak odbieramy to inaczej, to ma na celu wzajemne poznanie, co daje poczucie bezpieczeństwa, rodzice sobie odbierają dzieci ze szkoły nawzajem i pomagają inny sposób.
Szkoła organizuje też tzw. working bee, czyli wspólne sprzątanie szkoły i drobne prace konserwatorskie raz na miesiąc, kończy się to wspólnym grillem albo przynajmniej kawka i ciastkiem. To ma na celu przyciągnięcie tatusiów do szkoły. Fajne jest poznanie sie z innymi facetami przy pracy, ja np. moglem znaleźć dzięki temu prace, gdybym wtedy szukał.Są tu faceci co nigdy nie maja dosyć koszenia trawnika i na szkolnym boisku mogą się wyżyć ;-), trawy co niemiara.

W szkole jeszcze jedna sprawa mi się podoba, tzw strefa zrzutu, czyli obszar parkingu przy drodze, gdzie dzieci są podrzucane do szkoły i po szkole zabierane. Rodzic podjeżdża swoim bmw (to ci z Rosji ;-)), otwierają się drzwi i dzieci wyskakują i idą 5 kroków do szkoły.  Podobnie po południu, dzieci gromadnie czekają na rodzica gdy podjedzie szybko wskakują do samochodu i odjazd. Czas operacji 15 min rano i tyleż po południu, nieźle jak na około 400 podwożonych tam dzieci. Jest oczywiście część tych co mieszkają blisko i dygają na pieszo, ale są zdrowsi przez to trochę ruchu mają ;-)).

W objęcia systemu edukacji, żwawym krokiem marsz ;-))
No i najważniejsze czy szkoła podstawowa tutaj coś uczy czy tylko bawi ? Wiedza syna zaskakuje mnie czasami, czyli coś tam uczy, nie muszą wkuwać na pamięć co mnie osobiście w polskiej szkole bardzo męczyło.  Generalnie zdania są podzielone, ale wynikają one częściowo z tego, że właśnie szkoły są rożne, jak się trafi do słabszej to ma się być może kłopot. Ale warto pamiętać, że to tylko dzieci i powinny mieć czas na zabawę i rozwijanie zdolności, jazda zaczyna się w szkole średniej. Warto jednak aby skorupka nasiąknęła za młodu przynajmniej chęcią do nauki bo potem łatwiej. My za rok zobaczymy jak syn w kroczy w ten obszar i jak sobie będzie radził. Trochę nas przerażają te narkotyki, alkohol i inne atrakcje wieku dojrzewania, ale trzeba będzie jakoś to przeżyć ;-).


10/05/2012

Kolejne zoo - Healesville Sanctuary

Spokój ducha to najważniejsze ;-))
Wakacje szkolne trwają nadal (aż dziw jak długo może trwać dwa tygodnie, mam wrażenie, że to już miesiąc). Dzieciaki nie narzekają na brak atrakcji. Zrobiło się ładnie a nawet prawie letnio, temperatura śmignęła do 29C, ale to było nieśmiałe, jeszcze i szybko wycofała się na z góry upatrzone pozycje czyli 18C. 
W ten chwilowy upał dzieci pojechały do Zoo Healesville. W zasadzie jest to trochę nietypowe zoo, bo jest to szpital dla tutejszych poszkodowanych w różny sposób zwierzaków, plus lekki dodatek komercji w postaci zoo. Dzięki temu zarabiają na leczenie ich, jest to jakiś pomysł, nie?
Miejsce jest fajne, położone niedaleko nas (no małe 1.5 godziny jazdy, na tutejsze warunki niedaleko ;-)). Zwierzaki są tylko pochodzenia australijskiego, można też zobaczyć jeszcze żywy okaz diabła tasmańskiego, to takie skrzyżowanie psa ze szczurem z uściskiem szczęk krokodyla, wygląda jednak bardzo niewinne. Węże z kolei dzieliły się na te co zabiją jadem w ciągu godziny i krócej ;-)). Takie jadowite to tutejsze towarzystwo.
Kola jak zwykle okazały pełen luz i po prostu spały w każdej pozycji, no ale jak się je tylko eukaliptus to co się dziwić, nuda panie że hej ;-)).
Niektóre zwierzaki były bardzo małe jak ten possum (czyli po polsku opos):




Był pokaz ptaków, czyli tego co potrafią papugi i inne tutejsze dziwactwa. Mnie podobał się jeden co potrafił rozbijać jajko emu za pomocą ... kamienia. Kurde tutejsze ptaki są już na poziomie epoki kamienianina łupanego, a ozzi ciągle używają okien jednoszynowych, natura ich niedługo prześcignie ;-). Poniżej link do zdjęć, ot takie tam zdjęcia z zoo.


10/03/2012

Jeszcze nie raz Melbourne Muzeum


Stan Victoria ma bardzo dużo fajnych miejsc do odwiedzenia, ale jak leje to przydają się inne rozrywki i tu dla tak wybitnie inteligentnego i wrażliwego emigranta jak ja stworzono miejsce gdzie można w zasadzie użyć trochę szarych komórek i oddać się rozważaniom na temat miernoty ludzkiego życia. Miejscem takim jest Melbourne Muzeum. Jeszcze tak dla porządku dodam że są tu trzy muzea (powyższe, Scienceworks i Muzeum emigracji).  My wykupiliśmy sobie coś takiego jak kara członkowska, i przez rok możemy chodzić ile razy chcemy do każdego z tych z nich. Tak wiec chodzimy, co już opisywałem. Melbourne Muzeum położone jest w przepięknych ogrodach Carlton, więc jak czacha zadymi od intelektualnych bodźców można wyjść się przewietrzyć ;-)). Obok jest jeszcze piękny budynek wystawienniczy (Royal Exhibition Building), wpisany na listę światowego dorobku kultury, a był też siedzibą pierwszego parlamentu Australii.  Jest też tam kino IMAX jak ktoś lubi się zrobić na 3D. 


Oprócz stałej ekspozycji są dwa razy w roku jakieś tematyczne i ostatnio maglują nas okolica Middle East, czyli tam gdzie ludzkość rozpoczęła swój marsz cywilizacyjny, a jak się patrzy co się tam dzieje to byłoby na tyle dla tych narodów mam wrażenie że niewiele się posunęli od tamtego czasu do przodu. Mieliśmy więc Tutenchamona i jego życie a teraz mamy Mezopotamię, bardzo fajna wystawa, mieli nawet tablety (z gliny ;-)). No ale wszystko skończyło się wieżą Babel i nic dobrego z tego nie wyszło, więc jakoś tak smutno zrobiło mi się na duszy, jak zadumałem się nad stopniem głupoty cywilizacji. Moja wrażliwa i jeszcze żywa inteligencja pragnęła otuchy więc poszliśmy do jednej z trzech kawiarni jakie są na terenie i po przedarciu się przez multikulturowe chordy spragnionych jak ja otuchy spożyliśmy małe co nie co w czystej i zadbanej (jak oni to robią gdy takie tłumy się przewalają ?) kawiarence.
Potem poszedłem zobaczyć jeszcze raz szkielet płetwala błękitnego jaki jest tu też umieszczony w centrum tego budynku (bo przyznam się że jest to BARDZO DUŻY szkielet), ale budynek muzeum jest ogromny.  Te szkielet jeszcze raz dał mi do myślenia, że prawda jest taka a nie inna: po co swary kłótnie, wnet i tak zginiemy w zupie ;-)).




Wakacje szkolne w toku i teraz jazda do jednego z trzech zoo, o czym wkrótce.

PS> Poprzedni wpis był po tym jak przeczytałem gazetę (Herald Sun) jaką można gratis dostać jak się wejdzie do muzeum ( nie trzeba nawet kupować biletu). Ponieważ jest to lekki brukowiec więc żyje sensacją, mordami, upadkiem cywilizacji itd. Jaki wniosek ?  ;-)).


10/01/2012

Ratuj się kto może

Ekonomia na świecie stacza się nieuchronnie w przepaść, a wiec i australijska także, bo Chiny nie kupują surowców aby produkować dla Europy i USA. Koło się zatacza. Bystrzy biznesmeni nie maja już gdzie zarabiać szybko i zaczyna wzrastać ilość oszustw bo ludziska są zachłanne i zysk na lokacie 6% jest niezadowalający i takie 15% to jest to co misie lubią najbardziej. I tu w trosce o nasze bezpieczeństwo wkracza ASIC i ACC czyli takie tutejsze służby ścigania przestępstw podatkowych i nie tylko. Oczywiście duże przekręty uchodzą na sucho, no nie tak do końca.  

Z innej beczki, np. taka komuna żydowska miała swoje ciemne sprawy związane z molestowaniem seksualnym dzieci w szkole i sprawa po 15 latach wyszła na jaw, śledztwo poszło ostro do przodu i pomimo prób zatarcia sprawy dojdzie nawet do ekstradycji winnego z USA.  Jakiś tutejszy boss narkotykowy siedzący w więzieniu ma oddać 4mln AUD, aby koszty szkód w społeczeństwie zwrócić, nie ma z czego biedaczek, jednakże rachunek będzie dodatkowym psychicznym obciążeniem prze najbliższe 30lat wiezienia.  
Rośnie przestępczość w Melbourne i nie tylko, wieczorem strach do centrum pójść, bo można nie wrócić do domu. Ot tylko parę przykładów z czytania prasy lokalnej ;-)).  Chcą postawić więcej kamer do obserwacji ulic, ale lepiej byłoby zainstalować lepsze oświetlenie, a byłoby taniej pewnie.
Nie od dziś wiadomo, wieczór idzie hoods come out (ci w dresach z kapturem) wychodzą na ulice ;-(.
 
Wracając do ekonomi służby ASIC rozesłały list do dużej liczby obywateli aby nie dali się w butelkę nabijać i zalecają konkretne kroki zaradcze aby sprawdzać firmę w której się chce inwestować jest specjalna strona www), dzwonić i pytać (specjalny telefon), itd. Niby sprawy oczywiste, ale wole sprawy oczywiste aby były przypominane bo one są tak oczywiste, że ludzie o nich nie pamiętają.
W zasadzie to będzie pomału nieaktualne bo jak Chiny nie będą miały już gdzie sprzedawać, to Australia nie będzie już miała gdzie surowców wysyłać. Ale z drugiej strony jak nie będą kopać to środowisko naturalne będzie miało się dobrze i turysty przyjadą, o nie przyjadą bo nie będą mieli za co, e coś nie tak ;-)). 
No może jednak nie tak źle, w Chinach ma powstać w ciągu następnych 30 lat ponad 20 miast z milionem ludzi, trzeba dróg i domów trochę pobudować. 

Najazd emigrantów trwa nadal bo pomimo zaostrzenia przepisów, podniesienia cen wiz i kursów i założenia, że przyjedzie tylko 180tys emigrantów, już mamy ponad 200tys rocznie, budżet zasilony hurra! Ale powoduje to, ze AU będzie liczyć grubo ponad 36mlin ludzi w 2050 toku. Gdzie oni będą pracować? Gdzie mieszkać? Czym jeździć?. Biorąc to wszystko pod uwagę szkoda mi wioski w której żyję, będzie tu niezły ścisk, ale zaraz pustyni jest całkiem dużo, może to jakoś da się zasiedlić ;-)).
I tym optymistycznym akcentem rozpoczynam drugi tydzień ferii szkolnych.


Etykiety

relaks (8) emigracja (6) ekonomia (5) polityka (5) rekreacja (5) dylematy rodzica (4) pomoc socjalna (4) Boże Narodzenie (3) koszty życia w Australii (3) obywatelstwo (3) praca na emigracji (3) przyroda (3) wycieczki po Melbourne (3) życie na obczyźnie (3) akcje charytatywne (2) bezrobocie (2) ciekawostki z życia wzięte (2) cudowna Australia (2) dziwy natury (2) dźwięki z Australii (2) edukacja na emigracji (2) emigracja do Australii (2) komentarz polityczny (2) koszt domów (2) latawce (2) lato w Melbourne (2) muzeum (2) plaża (2) polityka emigracyjna (2) praca w AU (2) psychika emigranta (2) rok szkolny (2) rozrywka (2) szkoła (2) upały (2) wakacje w Australii (2) wspólnota (2) wycieczki za miasto (2) zarobki (2) zarobki w Australii (2) zasiłki socjalne (2) życie na emigracji (2) Australijskie wina (1) Wielkanoc na antypodach (1) agencje pracy i pomocy społecznej (1) antyimigracja (1) ashcomb maze (1) badania (1) dodatki na dzieci (1) emigracja przez edukację (1) figury z piasku (1) footy (1) głosy ptaków (1) imigracja (1) inna droga do Australii (1) kookaburra (1) koszt życia w Melbourne (1) leczenie (1) mundurki szkolne (1) ogrody lawendowe (1) ogród botaniczny (1) owoce (1) podróze (1) porady emigracyjne. (1) pośrednictwo wizowe. (1) praca na outback (1) praca przy zbieraniu owoców (1) restauracje (1) styl życia (1) szkoła średnia (1) tenis (1) test medyczny (1) umowy o pracę (1) wiosna w Melbourne (1) wymagania zdrowotne na pobyt stały (1) wypoczynek (1) wystawa (1) węże (1) zabudowa wiktoriańska (1) zdrowe żywienie (1) złoto w Australii (1)