8/30/2012

Za mało broni palnej w .....

Oto tutejszy temat zastępczy (jak i na moim blogu ;-)). W stanie Queensland wybory wygrała partia Liberalna (to ta co miała uzdrowić ekonomię, poprawić ranking kredytowy stanu do AAA i w ogóle zrobić porządek z bajzlem jaki zostawiła partia Pracy), wiadomo jak zawsze w polityce opowiada się fajne dyrdymały, ale jak potem dojdzie się do władzy to jakoś dziwnie zanika także ta resztka kory mózgowej która czaiła się pod kopuła. 
Temat zastępczy jest oto taki, premier stanu stwierdził, że za trudno jest dostać pozwolenie na broń i przez to cierpi na tym przemysł turystyczny bo za mało ludzi przyjeżdża polować (w sumie nie powiedzieli na co ale chyba na te gigantyczne pająki jakie tam wszędzie chodzą ;-).

Broń myśliwska "trudno" dostępna
Tak sobie myślę  (a co mi wolno, jeszcze wyborów nie wygrałem), jak facet wpadł na tak genialny pomysł.? Czytał ostatnio, że postrzelali ostatnio w kinach i na ulicach, jakiś gość został skazany na 21 lat więzienia za zabicie 77 osób, pomyślał ha! nic o nas nie piszą, nikogo nie zastrzelili u nas. A wiadomo że stara zasada marketingowa mówi, nie ważne jak o tobie mówią, ważne aby  mówili.
I tak idąc tym tropem dedukował, poprawić ranking kredytowy stanu to zajmie jakieś 2-3 lata, przyciągnąć nowe inwestycje to same kłopoty znowu zieloni będą się przywiązywali do palm.
A ta broń to same zalety, jeden dekrecik i już przyjedzie tu cała masa ześwirowanych na punkcie broni Ozzich a pewnie i pól Teksasu jak jak pozwolimy na więcej niż tam, co tam że kogoś może zastrzelą przez przypadek, będzie o nas w wiadomościach, same plusy. 
Choć na marginesie przeczytałem taki ot tekst, że tragedia z kina nie zdążyłaby się w Teksasie bo tam wszyscy mają broń i ktoś by po prostu tego wariata zastrzelił, czyli zginęłoby mniej osób, a być może nawet tylko jedna gdyby na widowni siedział Bruce Willis bo on to jest bardzo spostrzegawczy ;-).

Jak widać polityka jest wszędzie taka sama nawet do góry nogami.


8/22/2012

Mała czarna ... kawa ;-)

Melbourne (ale i cała AU) jest miastem nastawionym na masowe spożywanie kawy w bardzo rożnej wersji. Ogólnie ponoć spożywa się w całej Australii, uwaga uwaga, 20mln kaw .... dziennie. Co jeśli odliczy się dzieci to wypada po jakieś dwie trzy na głowę. Picie kawy głownie odbywa się na wynos lub w kawiarence. Koniecznie świeżo zaparzonej nie z kopacza lub rozpuszczalnej. Powoduje to rozbudowany rynek ekspresów do kawy (które potrafią ponoć wszystko zrobić, jeszcze tylko do zmywarki nie łozą brudnej szklanki hehe) w cenach za  które można kupić używany samochód ;-). Ale nic nie zastąpi umiejętności i świeżo zmielonych ziaren dobrej brazylijskiej kawy.
Wychowuje się także młodych konsumentów poprzez oferowanie im czegoś co się nazywa babyccino (2-3AUD) czyli .... no sam nie wiem co mleko spienione z czekoladą. Ale jak mamusia pije kawkę (3-5AUD) w kawiarni to dziecku też się należny a co. Oraz bananowe chlebek i jakieś inne co nieco i bach 15AUD leci jak nic i o to w biznesie kawiarnianym chodzi ;-).

Kawa na wynos jest do tego stopnia pożądana, że widziałem taki oto obrazek, mama trzyma dziecko na lewej ręce, którą pcha wózek z drugim małym dzieckiem, natomiast w prawej ręce trzyma kubek papierowy z kawą, w takiej wersji przechodzi na przejściu dla pieszych. Inna sprawa, że to da się zrobić łatwo tutaj bo praktycznie wszystkie przejścia dla pieszych mają te łatwe zjazdy na ulicę. Można powiedzieć, że była na kacu kawowym ;-))

 Ja zaniżam statystykę bo wystarczy mi jedna dobra kawka tzw. flat white, czyli kawa z mlekiem lekko spienionym:


Żona pracuje w tutejszej kawiarnio -cukierni wiec wie co i jak, no jeszcze nie umie zrobić takiego ładnego kwiatka (tego zrobił nam na użytek bloga kolega tzw. barrista czyli profesjonalny zaparzacz kawy;-)). Muszę powiedzieć, że dobrą kawę naprawdę jest trudno zrobić, ale doszliśmy do wprawy. 

Jak wiadomo pewne dania lubią iść w parze jak np. śledzik lubi pływać (dla tych z nowego pokolenia wyjaśnienie, że to śledź marynowany plus setka wódki ;-). Tak i kawka lubi ciasteczko. Po prostu ten zestaw lepiej smakuje. Ale nie jakiś słodki pączek, raczej jakiś fajny krakers lub tzw. chleb bananowy (mój ulubiony), który daje lekko pikantny posmak, poza tym mięciutkie, wilgotne i aromatyczne. Lubię go do tego stopnia, że nauczyłem się go samemu piec. Oto mój ostatni wypiek:



 Ma on jeszcze jedną zaletę jest super łatwy w wykonaniu i całkiem zdrowy. Oto mój przepis:

1. 4 duże banany, wybrać jak najbardziej dojrzałe (około 40dkg samego miąższu, )
2. 3 łyżki oleju słonecznikowego
3. 2 jajka (można użyć samych białek ale wtedy trzeba z 4 jajek)
4. Łyżeczka esencji waniliowej
5. 1/3 szklanki miodu (można mniej, więcej nie polecam bo będzie za słodki)
6. 1 łyżeczka soli
7. 1 łyżeczka proszku do pieczenia
8. 30dkg mąki pełnoziarnistej
9. 3 łyżki otrębów
10. 1/2 szklanki posiekanych orzechów włoskich
11 Dwie miski 

W jednej mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, otręby, sól (czyli to co suche). Trzeba dobrze przemieszać aby napowietrzyć.
W drugiej misce zgniatamy banany na miazgę dodajemy jajka, miód,  olej, esencję waniliową, czyli to co mokre. 
Teraz mieszamy obie miski, najlepiej go suchej dodać mokrą. Mieszamy dokładnie i na koniec dodajemy orzechy i jeszcze mieszamy.
Jak ktoś lubi można dodać przyprawę do piernika jeszcze (wersja świąteczna wtedy jest ;-).

Całość wylewamy do formy na chleb (takiej blaszki około 12x25 cm) uprzednio natłuszczonej lub wyłożonej papierem do pieczenia. No i wkładamy do nagrzanego do 180C piekarnika. Pieczemy około 70min.  Można sprawdzić patyczkiem czy już suchy po wyciągnięciu. Enjoy.

Mam nadzieję, że niczego nie pomieszałam i jak ktoś zrobi to będzie zadowolony ;-). A i koniecznie spożywać razem z kawą, najlepiej z ekspresu ale rozpuszczalna ujdzie w tłoku.

Przy kawie człowiek ma czas na przemyślnie i zastanowienie się nad światem tak jak Garfield:

 



8/17/2012

Zakazali palenia, dali ognia nie?

Trochę ta wiadomość mnie wczoraj powaliła, chłopaki ostro poszli i zawalczyli z koncernami tytoniowymi ( a ci to maja kasę i prawników niezłych). Jednak się udało i przynajmniej paczki papierosów nie będą wyglądały przyciągająco, mają je zastąpić takie oto opakowania:


Muszę przyznać, że wyglądają "bardzo zachęcająco", pewnie jednak palaczy to nie do końca odstraszy, ale chociaż nie będzie to chodzący billboard reklamowy, jak to do tej pory było.
Choć łezka się w oku kreci jak przypomnę sobie film z kowbojami wyciągającymi paczkę Marlboro, było to "fajne" ale spowodowało jednak za dużo złego, papierosy to przecież czysta trucizna. 
Już Maryla Rodowicz śpiewała o tym że lepiej pic (ale nie za dużo) niż palić i taka prawda. czerwone wino to dobre źródło przeciwutleniaczy i paru jeszcze dobrych związków. 
No nic Ozzi pokazały pazurki i teraz pewnie się posypią kraje idące za ciosem. 
A szmuglerzy podrobionych papierosów zacierają ręce, teraz to będzie łatwo je zapakować, eehh.

8/15/2012

Hindus też potrafi

Wykryto właśnie gang hinduski, który produkował fałszywe papiery dla studentów głównie wydziału gastronomi umożliwiające uzyskanie tzw. work experience i ubieganie się z reguły z sukcesem o wizę PR. Gang był dobrze zorganizowany nastawiony na ilość (cenił sobie tylko 1500-2500AUD) za papier co nie jest kwotą wygórowaną. Biorąc pod uwagę, że zastępowało to rok pracy w kuchni, a w międzyczasie student pracował jako sprzątacz i zarabiał 40000AUD rocznie.
I to ich zgubiło było za dużo ludzi w to wmieszanych a to powoduje kłopoty. Gość pomyślał mam ponad 100mln klientów być może w Indiach jak będzie niedrogo to może uda mi się ze 100000 ludzi ściągnąć i będę bogaty. W tym kłopot urzędnicy w DIMIA może i nie są za błyskotliwi, ale mają do pomocy komputery i doskonałe oprogramowanie do wyszukiwania podobnych aplikacji i bach wyszło na jaw.  Jeszcze raz okazuje się że masówka to nie jest rozwiązanie ;-)), trzeba sprzedawać mało i drogo hehe.
Dzięki takim akcjom przepisy imigracyjne AU są coraz szczelniejsze a ostatnio wprowadzone zmiany proceder ten ukrócą do końca, aż znowu sprytny hindus coś nowego wykombinuje ;-).
Okazuje się, że nie tylko my potrafimy coś zakręcić inne nacje nie są w ciemię bite, ale czy jest się z czego cieszyć ?


8/09/2012

Socjal po Australijsku

Ponieważ życie potoczyło się tak a nie inaczej, jesteśmy "zmuszeni" to korzystania z tutejszego systemu pomocy socjalnej i dostaliśmy się w szpony tutejszego CentreLinka (czyli tak jakby ZUS). Od dnia dostania wizy PR zaczęliśmy dostawać dodatek na dzieci (ponieważ nie zarabialiśmy wtedy ponad 100000AUD rocznie jako rodzina (muszę powiedzieć z perspektywy czasu, że to straszny obciach i wstyd, hehe). CentreLink ma bezpośrednie połączenie z tutejszym urzędem skarbowym i znają raportowane dochody od razu, więc pieniądze na dzieci przyszły po dwóch tygodniach od czasu dostania PR i tak co dwa tygodnie cały czas przychodzą, nie muszę nigdzie chodzić, co za świry nie? Mamy dwójkę dzieci i jak już pisałem na wizie studenckiej były one jakby "obciążeniem", teraz są "źródłem" dochodu. A poważnie to tak jest, znam rodziny 5 i więcej dzietne w których matce nie"opłaca się" pracować bo więcej dostanie tego dodatku i siedzi w domu z dziećmi niż, pójdzie do pracy i wyda na przedszkola, które są tu bardzo drogie. Generalnie trójka dzieci wystarczy aby "nieźle" mama zarabiała, no chyba że tata jest za pracowity i zarobi więcej niż 150000AUD rocznie ;-), czego wszystkim tatom życzę (znaczy trójki dzieci ;-).

 Jesteśmy na okresie 2-u letniego oczekiwania więc nie "należy" nam się więcej pomocy, ale... z racji mojej choroby i braku pełnego dochodu, mamy możliwość ubiegania się o pomoc z tzw. puli wypadków kryzysowych. Co zrobiliśmy, dostałem do wypełnienia formularz 40 stron ;-O. Ale nie było źle po 3 tygodniach się z nim uporałem (nie to że nie umiem czytać i pisać po angielsku, ale zebranie wszystkich dodatkowych zaświadczeń tyle mi zajęło, tak na marginesie angielski użyty w formularzu był na bardzo prosty, wiadomo, że takie głąby jak ja będą to wypełniać).  Poszedłem na umówione spotkanie z pracownikiem socjalnym i po krótkiej gadce, wyszło, że ja to jednak tej pomocy nie dostane bo mam za .. duży dochód, ale żona może dostać, myślałem spokojnie to tylko awaria systemu. I od nowa 40 stron itd. poszło szybciej bo już miałem szlak przetarty, spotkanie, no worries mate. Wróciłem do domu i myślę sobie, że teraz poczekamy ze 3 tygodnie i znowu powiedzą, że nie. 
Po 4 godzinach, zadzwoniła Pani z CentreLinku, że podanie żony zostało rozpatrzone pozytywnie i teraz już nam wypłacą zaległą część, bo liczy się czas kiedy ja zgłosiłem się pomoc. Uff to już mnie powaliło. Za dużo wrażeń jak na msowca '-).

 Efektem ubocznym jest, potrzeba raportowania, co dwa tygodnie, że żona nadal nie pracuje tylko się uczy, ale można zrobić raport w internecie, nie trzeba się osobiście zgłaszać. Rany to już po prostu woda na młyn cwaniaków z europy wschodniej, teraz rozumiem dlaczego tak dużo ich tutaj jest ;-)).
Dodatkowo, żona po skończeniu kursu dostanie wsparcie przy znalezieniu pracy poprzez połączone z Centrelinkiem prywatne agencje pracy.  Nic nie pomogły zapewniania, że ona ma już agencję co jej pracę znajdzie, byli nieugięci, trzeba pójść skorzystać z tej co oni dają bo jak  nie to wstrzymają zasiłek. No to się zgodziliśmy pod tak przytłaczającymi argumentami ;-). Poza tym może to się przydać bezrobocie w AU jest duże (5.2% ale liczone inaczej niż w Polsce).

A po dwóch dniach zadzwoniła Pani z firmy która sprawdza jakość obsługi przez Centrelink i musiałem powiedzieć, co o tym myślę, to było trudne ;-)).

Czyli ZUS z ludzką twarzą ;-)? I tak i nie, jest tu masa niezadowolonych ludzi bo na dwie wizyty tam miałem okazję widzieć chyba z 5 osób wyzywających pracownika CentreLinku. Więc nic nowego,  dla Ozzich jest to beznadziejna organizacja, jak dla nas bardzo sprawny system w porównaniu z ZUS-em jaki znamy, mam nadzieję, że teraz w Polsce ZUS jest już inny eee znaczy lepszy.

No i co dwa tygodnie przychodzi teraz więcej kasy na konto. Zrozumiałem jak radził sobie gość, który pracował dorywczo, miał żonę i dwójkę dzieci i kupił sobie dom w całkiem fajnej okolicy. Polak potrafi. Muszę wyciągnąć z tego wnioski, może my też kupimy dom niedługo ;-)).

Generalnie Centrelink zostaje częścią większego systemu zwanego tutaj Department of Human Services czyli w wolnym tłumaczeniu Zakład Usług Społecznych, brzmi znajomo nie ? ;-)))

 Na zakończanie coś z mojego ulubionego Garfielda:


 


8/02/2012

Jakie jest Melbourne?

Według statystyki (a jak wiadomo jest prawda, półprawda i statystyka alias g... prawda ;-)), Melbourne jest trochę inne niż reszta Australijskich miast. Generalnie jest to drugie po Sydney  co do wielkości miasto z populacja około 4,17 mln osób.  Ostania dekada przyniosła gwałtowny napływ emigrantów (coś ponad 430 tyś), którzy się tu osiedlili i przywieźli swoje wartości rodzinne, czyli curry, curry i curry ;-)). A na serio to te wartości to więcej tradycyjnego modelu rodziny i konserwatywnego podejścia to spraw życia i śmierci.

I tak w skrócie to pochodzenie anglosaskie ma w Melbourne tylko 43.3% ludności a reszta AU to 54.8%, azjatyckie ma 18% a reszta kraju tylko 10%.  Przypomina mi to film z Eastwoodem pod tytułem Gran Torin. Mogę powiedzieć jak on najechało tu tych pomiotów bagiennych co nie miara, ale dzieki temu kreci się dobrze cała gastronomia i usługi porządkowe. Nie żebym miał coś przeciwko Azjatom, lubię ich bo są mili i grzeczni w miarę, nie to co np. Sudańczycy, to jest dopiero "fajny" typ ludzi. No ale wracajmy do statystyki, jest to młode miasto (nie tylko pod względem jego założenia) ale ludzkim bo średnia wieku jest 37lat a reszty AU aż 40 ;-).
Inne ciekawostki to stopień wyedukowania w Melbourne jest niezły bo ponad 72% dorosłych mieszkańców ma skończone 11 klas nauki (co nie znaczy matura zdania), a reszta tylko 60%.
Jak można złośliwie zauważyć, że 11 klas w Melbourne jest równoznaczne z 7 klas w Polsce to i tak jest nieźle hehe.
Mamy tu także niezły miks religii z wiodącą katolicka, protestancka i ortodoksyjna (to Grecy i Rosjanie), ale też można być buddystą, muzułmaninem czy wyznawać hindi oraz  judaizm nie wspominając o religiach plemiennych z Afryki jakie panują w pewnych dzielnicach.

Od siebie dodam, że ponieważ miasto jest zbudowane wg koncepcji małe centrum i wokoło dzielnice mieszkalne z kilkoma większymi sub centrami, można mieć znajomych odległych od siebie ponad 100km.

Są też aborygeni w Melbourne ale już prawi całkiem wybici i zapici na umór więc sie nie liczą. Smutne ale prawdziwe.

No i jeszcze coś z ekonomi, tygodniowe dochody mieszkańca Melbourne są na poziomie 1333AUD a reszty Au "tylko" 1234AUD.  Czyli Anglosas zarabia na tydzień 2100AUD a emigrant 500AUD na tydzień i średnia jest ok, hehe.

Podsumowując po ponad 5 latach tutaj, mogę powiedzieć, że nadal nic nie wiem o tym mieście, nie byłem w dzielnicy włoskiej, wietnamskiej czy też afrykańskiej. Ale byłem w greckiej, i przyznam się, że czułem się jak w Grecji, te same rozleniwione gęby siedzące w kawiarniach i zakładające związki zawodowe ;-)). Jest to nieduże miasto, ale bardzo różnorodne i to chyba jest w nim fajne. Anielska cierpliwość do różnic kulturowych jest wskazana, ale da się żyć.

Poniżej mały filmik z lotu helikopterem po centrum Melbourne i okolicy, polecam włączyć opcje na cały ekran. Widać, że to .... ciągle wioska z paroma wyższymi budynkami w centrum.







Etykiety

relaks (8) emigracja (6) ekonomia (5) polityka (5) rekreacja (5) dylematy rodzica (4) pomoc socjalna (4) Boże Narodzenie (3) koszty życia w Australii (3) obywatelstwo (3) praca na emigracji (3) przyroda (3) wycieczki po Melbourne (3) życie na obczyźnie (3) akcje charytatywne (2) bezrobocie (2) ciekawostki z życia wzięte (2) cudowna Australia (2) dziwy natury (2) dźwięki z Australii (2) edukacja na emigracji (2) emigracja do Australii (2) komentarz polityczny (2) koszt domów (2) latawce (2) lato w Melbourne (2) muzeum (2) plaża (2) polityka emigracyjna (2) praca w AU (2) psychika emigranta (2) rok szkolny (2) rozrywka (2) szkoła (2) upały (2) wakacje w Australii (2) wspólnota (2) wycieczki za miasto (2) zarobki (2) zarobki w Australii (2) zasiłki socjalne (2) życie na emigracji (2) Australijskie wina (1) Wielkanoc na antypodach (1) agencje pracy i pomocy społecznej (1) antyimigracja (1) ashcomb maze (1) badania (1) dodatki na dzieci (1) emigracja przez edukację (1) figury z piasku (1) footy (1) głosy ptaków (1) imigracja (1) inna droga do Australii (1) kookaburra (1) koszt życia w Melbourne (1) leczenie (1) mundurki szkolne (1) ogrody lawendowe (1) ogród botaniczny (1) owoce (1) podróze (1) porady emigracyjne. (1) pośrednictwo wizowe. (1) praca na outback (1) praca przy zbieraniu owoców (1) restauracje (1) styl życia (1) szkoła średnia (1) tenis (1) test medyczny (1) umowy o pracę (1) wiosna w Melbourne (1) wymagania zdrowotne na pobyt stały (1) wypoczynek (1) wystawa (1) węże (1) zabudowa wiktoriańska (1) zdrowe żywienie (1) złoto w Australii (1)